sobota, 12 stycznia 2019

Chwilę przed

Pada deszcz.

Na chwilę przed niebo było błękitne i wrastały w nie czubki drzew jak nieobcinane paznokcie w palce u stóp.

Stopy zawieszone piętnaście centymetrów nad chodnikiem z betonowej przędzy kopały powietrze próbując zrobić krok na przód i nie wracać już tutaj. Po krawędzi, między płytami gdzie kiedyś była lawa a teraz tylko mech, po kablach na koniec świata i dalej, do elektrowni i jeszcze, pociągiem i z powrotem, nie ruszając się z miejsca przesunąć się o centymetr w prawo i piętnaście w dół, szybciej no, działaj.

Pada deszcz teraz i nikogo nie ma na ulicy i we włóczkę z elektryczności okręcają się kable i słup co je nosi.
Pada deszcz teraz i stopy bębnią głucho w powierzchnię i przesuwają się jak najbardziej i wraz  z nimi wszystko to, przed czym uciekają przesuwa się jeszcze bardziej.



Bok se pan wyrwiesz? Bok se panie wyrwę.

kwadrat gruntu powleczonego dywanem, kilka mebli, materac. ciepłe światło trzech świeczek utrzymuje powietrze w ryzach. wdech wydech wdech. wydech. wdech.

od kilku godzin piję tą samą kawę, zaparzoną jeszcze wczoraj wieczorem. od kilku godzin już nie wiem, co się właśnie stało. nie rozumiem. to, że nie wiele będę pamiętała było jasne. to, że obrazy zamienią się w nitki zdań również.

wypala się knot, utonął. nie wiem ile czasu upłynęło. kwadrat gruntu powleczonego dywanem, kilka mebli, materac. okno - duże i otwarte, zbyt blisko i za daleko od ziemi. poza nim jest dźwięk samolotów, namacalny, twardy i chropowaty, są chmury, domy, miasta, podwórka.
Psy, które odpowiadają, kiedy zawodzę ku niebu poranne modlitwy - w ich wyciu zawiera się wszystko, czego mi nigdy wypowiedzieć się nie uda. Cały lęk i brak przestrzeni, niemożliwość zaufania, nawet ręce, która karmi. Podświadome uwielbienie łańcucha przy szyi. Własne zęby im wrogiem, kiedy gryzą się w bok. Moje dłonie nie moje, powtarzam to jak mantrę, moje dłonie nie moje, kiedyś przestanę. Kiwać się, jak derwisz tańczyć zastępując suknem firmament piegów rozsianych na skórze

środa, 11 grudnia 2013

mówić można wtedy, kiedy już żadnej nie uczyni to różnicy

to wszystko to wariackie horror vacui, to już było grane

nawet jeśli zamilknie już wszystko ludzie wciaż będą krzyczeli, by być głośniejszymi od siebie sprzed chwili.

wiedzą bowiem, że każde teraz jest echem przedchwili i każde jutro to nigdy nie spełniona potencjalność - niekończąca się możliwosć ukonstytuowania się w rzeczywistości przestrzeni, dla której treścią stanie się echo.

nihil novi nihil novi nihil novi - krzyczała kiedyś szlacha i ja sie z nią zgadzam.

najdoskonalszym tekstem - początkiem i końcem jakiejkolwiek literatury jest alfabet. wszystko inne to tylko interpretacje, nie wychodzące poza zakres danego języka - przyjętej metody badawczej zaszczepionej nam jeszcze przed narodzinami.

pisać można dopiero wtedy, kiedy przestanie się móc mówić - tak jest uczciwie.


wtorek, 13 sierpnia 2013

To dobry moment żeby milczeć i żeby o tym mówić. Zgubiłam się, znowu - autobus zmienił trasę, zmieniło się światło i wieje wiatr inaczej. Na macanego umiałam tylko dojść do drzwi, wysiąść. Zimny chodnik, chyba jest ciemno, nic nie widzę. Słyszę tylko przewalający się po kablach prąd, silniki pracujące za jego sprawą i całą muzykę produkowaną mechanicznie przez tynk osypujący się ze ścian prlowskich domów.
Przez membrany głośników wtapia się ukojenie w głowę, zatapia zmysły w wosku ogrzewanym kolejnymi impulsami. Skorupka na rzeczywistości, nie dotykaj, popsujesz. To kompozycja skończona, idealna, ja się stąd nigdzie nie ruszam. Zamiast znajdować świat, który został poza mną zbuduję swój wkoło siebie.

http://www.youtube.com/watch?v=plWse6TID5Y

czwartek, 1 sierpnia 2013

.

rozmowa to dwa głosy, które współgrają żeby brzmieć. mój nie stroi, defekt fabryczny - nieprzystawanie. nie wiem jak się robi rzeczy, jak mówić do ludzi, do osób.obecność zaczadza zmysły, okadza je tak, że jeszcze czas pewien po rozmowie pobrzmiewa w myślach 
zapach wszystkich zgrabnych replik, składnych oświadczeń i zdań pewnych i adekwatnych

węch to najsłabszy zmysł, nadal nie wiem, o co chodzi

jak się konstruuje wypowiedź ustną a vista?

drgają jeszcze długo niewyciszone struny w częstotliwościach: to było niepotrzebne i weź lepiej nic nie mów

nie powiem już nic, chodźmy tańczyć, rozumiesz?







czwartek, 18 lipca 2013

ja nie wiem kto to wcześniej powiedział

Dużo ludzi, więcej krów. 
Nade wszystko: kamienie i siano wszędzie wszędzie wszędzie. 

Nie ma wiele okazji do mówienia, dom jest na tyle duży, ażeby można było być dostatecznie osobno nie gubiąc się. 

Supermarket, najedz się za wszystkie momenty kiedy widziałeś zdjęcia głodnych dzieci. Zawsze miałeś w sobie wiele współczucia. Jeśli myślisz o głodzie patrząc na nie, one będą syte myśląc o Europie. Karma wraca, tró story bro. 

Toy Story. 

Jak to działa? Rozkręć i skręć na powrót, jak nie poleci to spróbuj jeszcze raz, od nowa. Powinno działać, może źle przykręciłeś nerki alboco?

Wydelikacony umysł, wolny od trosk, zbyt racjonalny by bać się mar sennych lub boga zapada się w sobie. Jeśli nie ma choćby najmniejszego pretekstu do odczuwania dyskomfortu wymyśla sobie cierpienie. Ból istnienia czy cokolwiek takiego jest tylko halucynacją. To, co się nie rusza, umiera, co przestaje krążyć kończy się vide umierające drzewa i psująca się żywność. Widzę szczyt a za szczytem szczyt kolejny, szczyt za szczytem. Niedosyt jest to tylko wymysł nudzącego się na szczycie dziecka, które ruszy dalej dopiero kiedy porządnie zgłodnieje. Żeby był koniec świata dodać do niego trzeba dużo E ... , żeby rzeczy pozostawały na swoich miejscach. Trzeba aby ten dzieciak dorósł i nauczył się poskramiać żądze.

czwartek, 27 czerwca 2013

yhym

Stoję jak stojąca woda. Oczy mam nawet w tym samym kolorze, co ona. 

Jeśli kiedyś będziesz chciał otworzyć moją czaszkę, będzie pachniała dokładnie jak to jezioro i będzie  zielona i brązowa jednocześnie, pokryta rzęsą i będą w niej pływały ryby zbyt ospałe by połknąć haczyk.

Kiwam głową na tak i chlupocze wszystko w czaszce. Wszystko woda, wszystko mózg, wszystko żyły, wszystko wszystko. Formalina niedokończonego zmierzchu nie pozwala zasklepić się rozdarciom, nie wygładza bruzd. Przechowuje fakt, zmiękczony i lekko mętny, za grubym bardzo szkłem i jeszcze grubszą warstwą kurzu.

Niedokończony zmierzch zmienia się szybko w skończoną noc, która trwa poza mną. Tutaj jest trochę chłodno, pachnie kawą i jest cicho. Nawet psy przestały szczekać i kable niosące słowa albo prąd szemrzą bez znaczenia, poza moim słuchem. 

Musze mieć otwarte uszy, przez nie do głowy wpływa powietrze. 

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Jasno ciepło i pada

Księżyc świeci głośniej niż cokolwiek innego. Żyletki silników co szumiały wobec nocy zmieniły się w tępe noże i pobrzękują smętnie próbując przypomnieć sobie, jak tnie się przestrzeń. 

Tnę przestrzeń na miękkim asfalcie. Koła łapią grunt, perkusja i szarpane struny zagłuszają nawet latarnie, galaktyki drzew i śpiew kosmicznych ruin. Zginam kark do ziemi, wiatr w plecy, światło w plecy, na czele armii mała czarna kulka.  Oddech, dyszenie na tonach wysokich jak jęk prawie stanowi rozkaz. 

Szum kół ślizgających się po asfalcie brzmi jak szczekanie psów, kiedy ich dużo wkoło i każdy może przeskoczyć ogrodzenie. Szelest koszulki jest identyczny z dmuchaniem psa w kark przyciśnięty do drogi, ciepły wiatr śmierdzi bestii paszczą i pluje mi w twarz lepką śliną.

czwartek, 20 czerwca 2013

c'est pas la chute, c'est l'atterisage

to jest organiczna niezgoda na zastany porządek, biologiczna negacja okowów społeczności, irracjonalnej rzeczywistości prawa stanowionego

yhym, to przez dążenie do wyzwolenia rozrywam skórę i liżę mięśnie, wcale nie z powodu krzywego spojrzenia kobiety w warzywniaku. kiedy ja z tego wyrosnę? w pewnym wieku po prostu przestaje się myśleć o tym, żeby wyjść przez okno i zaczyna się kombinować, którędy wejść z powrotem. musi wynikać to z powszechnego procesu przyzwyczajania się, dopasowywania. nie wierzę, żeby każdy kolejny stukający w szybę z zestawem odpowiednich poglądów był tym samym, co skakał i że wiatr rozwiał wątpliwości i zanęcił spokojem i pracą, że gdzieś w lot pojęli skończoność rzeczy i z niej płynącą śmieszność własnej donkiszoterii. w pewnym wieku trzeba zaakceptować wiatraki tak samo jak zaakceptowało się ciemność i stratę mlecznych zębów.

Dziękuję. Ja nie wyjdę - bo nie wierzę. Zjawiska są nieodwracalne. 

Znajdę to miejsce, choćby na końcu świata, gdzie nie sięgnie oko kamery ani zasięg internetu ani żadna z map i dróg. Muszą być jeszcze białe plamy na mapach, przestrzenie, o których nic nie wiemy zostały uprawdopodobnione, jednak nie zbadane, nie zobaczone.

niedziela, 9 czerwca 2013

zabierzcie mi powieki

Elektryczne lampy przy biurku świecą jaśniej niż jakiekolwiek słońce. To, które za chwilę wstanie obchodzi już tylko kilkunastu wariatów i ludzi o bardzo delikatnej skórze.

Jest mi ciepło, bo mam sweter i skarpetki. Wszystko widzę bo mam latarkę i nocną lampkę, wkoło mnie tańczą w mgle wszyscy ci, którzy być tu nie mogą. Śpią właśnie i śnią własne sny, które zapomną, kiedy tylko otworzą oczy. Wstaną i zjedzą na śniadanie płatki na mleku/kanapki z ogórkiem/fajki z kawą, cokolwiek. Będą szczęśliwi, będą się uśmiechali i będą nieustannie rozglądali się wkoło, puki starczy światła. Ciemną nocą pójdą spać, bo już nie będzie nic do patrzenia. 

Obserwuję was z perspektywy parapetu na pierwszym piętrze, zasłania mi widok szpaler choinek. Zataczacie kręgi, biegacie od ściany do ściany. Siedzę trochę gdzie indziej i nie mam zamiaru odchodzić, zawsze będę puki będę. Widzę tylko to, co zrobicie na moich oczach, zabierzcie mi powieki żebym nie mogła mrugać i żebym nie straciła żadnej sekundy z waszego ruchu. Rytm jest ten sam, powtarzacie się. Ale chcę na to patrzeć, kiedyś nauczę się biegać z wami, pozwólcie mi najpierw wstać z kolan, poczekajcie.

Daj mi znak, że żyję, że jestem nie tylko elementem papierowej girlandy który pokolorował się sam na inny kolor niż inne. 

piątek, 7 czerwca 2013

Pętla

Rozbijanie się na postacie, projektowanie sytuacji, które mieć miejsca nie będą, to marzenia czy oswajanie lęku?

Śniły mi się ostatnio zęby, to znak i to zły, nawet bardzo. Mojej matce śniły się zęby. Ostatnio jak poroniła a wcześniej jak umierała Wanda. A takie czarne do cna to już w ogóle masakra, nie ma przebacz wybacz. Koniec. Mogiła. Ktoś umrze i nie będę to ja, dolne zęby pokruszyły się, gorzej najgorzej.

Sny nic nie znaczą przecież, nawet te znaczące to tylko projekcja lęków.
Chwilę przed snem znów wyobrażałam sobie powszechne umieranie. Takie, co do gołej ziemi zdoła wypalić ostatnie znamiona pokrewnej mi krwi, żeby moja śmierć była wpisana w inne śmierci, potwierdzona przez nie, bardziej definitywna. Żeby kończyła coś więcej niż tylko nieskładną piosenkę stanowiącą sumę potknięć i poplątań. Terrorystyczny atak samobójczy, wymyśliłam sobie bajkę.  

Tak, jest to wytłumaczenie, to, że ten sen to imaginacja. Całkiem składne nawet, logiczne. 

Nawet jeśli on nic nie znaczy, coś się stanie, coś musi się stać. Bo miało być ładnie i jest pięknie i nigdy bardziej się nie bałam, że przestanie tak być. Pętla straszy jak pusty krzyż, sęki w drewnie śledzą mnie, dłonie drwala wytykają palcami. 

Już, już. Przestańcie. Wiem, że chodzi o mnie. 
Jeszcze moment. Chcę oddychać, bo warto, jeszcze chwila, zobaczcie ten zmierzch. 



poniedziałek, 3 czerwca 2013

Bo ty jesteś zbita taka

Sącząca się krew z rozciętej wargi udaje farbę na twarzy. To tylko charakteryzacja, nie martw się, nic mi nie jest. Podbite oko domalowałam sobie sama, pod bandażami znajdziesz skórę czystą i gładką. 

Jasne. 

Pięść przywarła do oka i słychać było tylko chrzęst. Tęczówki się pokruszyły, mówiłam, że mam szklane oczy i żeby uważać. Teraz nie dość, że mam pokaleczone powieki, okruchy spadły mi na źrenice i nie widzę już nic, a raczej widzę wszystko tak samo, ale zalane żywicą. Bursztynowe powietrze jest, a tam, gdzie ostra krawędź przebiła błonę ochronną oka widać czarne plamy. 
To ponoć pochodne plam na słońcu i piegów na nosie, teraz widzę je wszędzie. Czarne punkty, rozszerzają się, rosną. Prywatne niezbadane białe plamy w opisie zdarzeń. 
Kiedyś napiszę mapę, wtedy będziesz mogła nauczyć się nazw każdej kolejnej rzeki w mojej głowie i wygrasz wszystko w państwamiasta. 
Wygrasz życie i już nie będziesz musiała przesiadywać godzinami sama w swoim pokoju tylko dlatego, że nie masz przyjaciół. Wszyscy kochają zwycięzców. 

piątek, 31 maja 2013

Credo



Wierzę w wiatr który wieje słońcem i pachnie latem i robi włosy złote a potem srebrne a potem szare i martwe.
 I jeszcze wierzę w piątą godzinę, w chwilę świadomości pomiędzy jednym snem a drugim, taki przebłysk, promień, nic więcej. O piątej księżyc gaśnie, słońca nie ma i niebo świeci na różowobłękitno.

Jeśli Bóg kiedykolwiek istniał, wychodził z  nory tylko na godzinę, sześćdziesiąt minut pomiędzy czwartą a piątą właśnie.

środa, 15 maja 2013

One day we'll come back together

Zwykły bełkot, nie czytaj, pisałam już na początku, weź wyjdź.

Nie umiem wrócić ani pójść dalej, stoję na środku ulicy i rozglądam się w koło. Chcę usiąść na ciepłym asfalcie i patrzeć w przestrzeń, której ograniczeniem są warstwy powietrza i szklarnie Wietnamczyków po drugiej stronie ulicy. Zgasły wszystkie latarnie i jedynym źródłem światła jest ekran telefonu.

 SMS, pytanie.
 Jasne, jadę.

Trzeba tu wrócić, żeby tę całą przestrzeń ograniczyć długością oddechu i wzrokiem nie wykraczającym poza to, co jest.



poniedziałek, 13 maja 2013

Pada deszcz i znów obudziłam się przed budzikiem

Jest ciepło i szumią powleczone błękitną wełną kable, trochę ciemno, szarzy się koniec spokojnej nocy. Jest trochę pusto, bo nikogo nie ma tam ponad. 

Tu niżej są drzewa i stacje przekaźnikowe i bardzo dużo świateł generowanych sztucznie.

Bardzo chcę oddychać, to znaczy jednym wdechem wciągnąć to wszystko w siebie, przytrzymać chwilę i wypuścić puszczając kółka z dymu. Klatka piersiowa jest nagle zaskakująco mała, możliwe jest tylko zrobienie tysiąca małych wdechów, jeden po drugim. Za ciasne płuca rozerwie cokolwiek głębszego i cokolwiek więcej. 

Z zaciśniętym gardłem  lepiej jest krzyczeć, bo można zerwać struny i wtedy dalej się już nie da i przestaje się móc robić rzeczy, które nikogo nie obchodzą, przestaje się mówić i dyktować pamiętniki, nawet jeśli bardzo się chce. To zmusza do pochylenia się samemu nad kartką i okazuje się, że więcej do powiedzenie nie ma, że każda litera wybrzmiała już po tysiąckroć w dowolnej konfiguracji i znaczeniu. 









piątek, 3 maja 2013

never ending story

Prześladuje mnie odgłos pękających łańcuchów węglowych splecionych dłoni.
Nie umiem pojąć lata kiedy nie oślepia mnie słońce odbite od jego twarzy. Nie wiem co robić, nie zadzwonię, przecież i tak nie odbierze. Niemożliwość ponownego spotkania każe mi wierzyć w niepowtarzalność czasu, która nie jest prawdą.

Za tydzień, miesiąc, dwa powtórzy się to wszystko raz jeszcze. Te same spojrzenia, kilka słów zarezerwowanych kiedyś tylko dla niego powtórzę komuś, kto nie będzie nim. Znowu po wszystkim zostanie zimna kawa w kuchni, której nikt wypije i dla kontrastu - opróżnione butelki, z których pili wszyscy.  Trzeba będzie posprzątać skorupy rozbitej doniczki i zmyć naczynia, dzwonić do właścicieli znalezionych rzeczy, odbierać telefony od właścicieli pustych przestrzeni w pamięci. Trzeba będzie wytłumaczyć kilka spraw i chronić, to, co właśnie zaczęło w nas rosnąć, co wybuchło w oparach absurdu i wódki a zgaśnie już zupełnie na trzeźwo.

Nie wiem, co się działo, nie dzwoń do mnie.

Czekam na połączenie, o którym wiem, że będzie i powie mi, gdzie jesteś.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Milczenie złotem.

Sztuką jest to, co wieczne.

Co przetrwa w próbę czasu?
Srebro w próbie 925.
Dziewięćset dwadzieścia pięć części srebra na tysiąc możliwych.

Te siedemdziesiąt pięć to tak między wierszami, tam gdzie klejone były strony, tam zostały jeszcze w zaschniętej gumie odciśnięte linie papilarne introligatora i pył który tego dnia miał na rękach. W zagłębieniach tego śladu od dnia jego zostawienia gromadził się kurz, szczątki naskórka, odchody roztoczy i genom każdego, kto miał styczność ze spoiwem. Taki wehikuł czasu trochę, biologiczna reminiscencja najdawniejszych przodków. Język białka, najprostsza forma komunikacji, zaszyfrowany i zapętlony pobrzmiewa w każdym zdaniu, w dowolnym języku.

Te siedemdziesiąt pięć części to łączenia, to spacje, to wszystkie wylewane żale za pomocą liter, to treść właśnie wszystkiego. Dziewięćset dwadzieścia pięć znaków alfabetu kompilowanych w słowa i mieszających się w zdaniach. Mowa jest srebrem, srebro jest mową. Jubiler literatem, literat złotnikiem. Stary mistrz polonistą. Czasy i ludzie się zmieniają, kruszce kruszeją, proporcja pomimo różnych wartości pozostaje, zawsze ma tyle samo sensu co zawsze. Codziennie przelewa się po prostu z jednej komory w drugą, z drugiej w trzecią i tak w koło te same znaczenia, usprawiedliwienia i wymówki. Byłam u lekarza, naprawdę nie mogłam. C'est pas moi, c'est les autres do końca konieczności a potem już nie. To ja nie żyję nie oni, Ci stojący teraz nade mną i studiujący woskową strukturę twarzy jakby niezdrowy jej kolor miał dać poznanie o tym, co z drugiej strony.



środa, 10 kwietnia 2013

nie ma tytułu, nie będzie

Medium jest język, barwnikiem wizja a spoiwem mimika.

 Nie widząc, nie słysząc siebie łatwiej jest się porozumieć, widać jednie to, co istotne. Tylko proszek, ekstrakt z czegoś. Tylko dotyk, nieskomplikowana gramatyka włosków stających dęba na karku. Leksyka, jesteśmy niejednolici, piegowata twarz dziewczyny spalonej słońcem i rumieńcem.
Język jedynie rozcieńcza rzeczywistość, trochę jak na prześwietlonym zdjęciu. I tak jest ładnie przecież, jesteś piękna, jak zawsze.

Jak teraz. Tylko bardziej bo właśnie spala się lato. Mojry zmieniają właśnie przędzę a my pierwszy raz mamy szansę na nieśmiertelność. Powiązane snopki wyrastają z gładkiej powierzchni, indiańskie domki, tańczący z kretami. Słoma, pozostała jeszcze na polu kaleczy bose stopy, kim jest ten chłopiec, tam?Tam coś jest, ty już wiesz i ja też, wieczność właśnie dobiegła końca. Kiedy upadniesz, nikt już ci nie pomoże. Za bardzo tęsknię za tobą teraz, byś mogła tu wrócić później. Kiedy już legniesz na ziemi i piasek w oku doprowadzi cię do spazmów i dotknę cię, już to ćwiczyliśmy tyle razy,  dotknę cię po raz pierwszy naprawdę, włosy twoje wtopią się w podłoże, zapuszczą korzenie, nawet nie zauważysz. Paznokcie zdrewnieją, stawy skamienieją, staniesz się pomnikiem przyrody, co to zapada się w głąb i w głąb i dalej. Wnikniesz w ziemię, Eurydyko i nikt po ciebie nie wróci i nawet pocałunek ukochanego nie zdoła odczynić uroku.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Taka sytuacja

Śnieg miesza pole z niebem, smugi piasku na dole i te rude chmur podświetlanych zachodem tożsame przechodzą jedna w drugą. Drzewa wbite koronami w ziemie, kilka domów o fundamentach w niebie daleko daleko, jedyne, co wyznacza pion i jako taki horyzont to nogi saren na polach, dawno już w planach przeoranych i obsianych.

Potencjalny chleb na stole kaleczy twardą świeżością podniebienie,  ty wiesz, że ta Jóźka, co to chodziłaś do niej po mleko kiedyś, no taa, to już straciła życie? Już nie żyje, o, dali na doktora, to przyszedł, popatrzył i powiedział, że ona nie żyje, a myśmy nie poznali, że umarła. A na co, na co, a kto to wie? Nawet doktór nie powiedział, zabrał walizkę i poszedł do krów badać.

Całkiem realny spirytus na stole dezynfekuje powietrze w środku, za ścianą to samo robi mróz. Stypa dłuży się okropnie, powieki kleją się do siebie nawzajem, rozmowa nie klei się wcale, do lepkich cerat przyklejają się kieliszki i ręce niezdolne już ich podnosić. Za drzwiami język przymarza do asfaltu, kopyta lodowacieją w piachu, ogon zaś grzęźnie w półpłynnym powietrzu. Na stole butelka, kilka szklanek, ciasta. Kelnerki w japonkach potykają się o krzesła i gości, nie bardziej żywych niż ta, za której zdrowie piją. Mazurek topnieje pod wpływem ciepła wytwarzanego przez piecyk elektryczny, czekolada i sernik spływają do rzeki, cioteczka się modli a pies kurant wydzwania co kwadrans melodię tubalną i urywa w gdzieś w pod koniec, za wcześnie jak na psa i wciąż za późno by uchronić zebranych przed pogromem.




sobota, 30 marca 2013

Zima, zbyt zimno by pisać
na nitach dźwigarów
staowego mostu

ponad 50 lat temu padło coś co dzisiaj występuje miedzy: masz coś? i chodźmy 
się napić. Jakoś nie wierzę w ponadpokoleniową więź tych linijek i tego co następuje po nich z 
dniem jutrzejszym, wczorajszym czy którymkolwiek z dni, poezja nie ma nic wspólnego z 
czymkolwiek czym nie jest ani nawet z czymkolwiek czym była, bo jest tylko teraz, 
niezależnie z którego stulecia pochodzi. 

Ale coś pozostało, pomimo tak definitywnego odcięcia.

Nadal nie można pisać, palce przemarznięte do kości tracą zwinność, zdolność formułowania 
liter a całkowicie wybielone przez śnieg oczy tracą zdolność widzenia, zlodowaciała ślina na ustach 
uniemożliwia im krzyk, stoimy na środku pola a kiedyś skamieniejemy i dla następnych będziemy 
tajemnica jak Stonehenge. 



niedziela, 24 marca 2013

na zachodzie giną ludzie

Nie można czegoś zrobić i to jest trudne, żeby to zrozumieć. Zawsze przecież można, a jak nie można samemu, to trzeba zapytać.

Kilka lat temu było już dobrze, bo wyjechał z domu i zgubił się w mieście samych duchów z gotycką katedrą i niebieskimi sklepami arabów w centrum. Nie było ludzi, do których musiał mówić a propos, dziwek co to choć daj drinka chcesz, wiem przecież że tak, nie mów że nie, nie było jego dziewczyny, matki i chłopaka, który miał ładną szyję i dwa obojczyki oraz usta.

Bardziej niż dotychczas nie było żadnego musisz. Nie było pani z warzywniaka, dzielnicowego, ziomków i nawet piwa nie było i dragów żadnych. Brave new world.

I nawet kiedy wracał, bo chory ojciec, bo spadek, pogrzeb i matka z rakiem, bo wakacje i rzewnie nostalgiczne dążenia przyciągały do kraju lat dziecinnych - był już stamtąd. Był kimś innym, był przejazdem, był na chwilę i w ważnej sprawie.

Nowe miasto przestało być nowe, kiedy odkrył jak dojść z biblioteki do rynku i poznał sprzedawcę gofrów o ogromnych dłoniach. Wilgotnych i czerwonych, szorstkich, co to niby zniszczone, a przyjemnie drapią plecy. Zaczął jeździć bez biletu i już prawie przywykł, wystarczająco prawie by czuć się komfortowo. To było to samo miasto, co na początku. On był trochę inny,  trochę nietutejszy, wrósł w otoczenie jak barierka w drzewo, ale nie stał się tym miastem, jak ci co to się tu urodzili. Kilka lat mieszkania w tamtym miejscu nadało mu status domu.
Kiedy po raz pierwszy wrócił do wynajmowanego mieszkania i poczuł w nim pustkę, która krzyczała i wdarła mu się ona w oczy i dalej i palić zaczęła się w środku tak, że wszystkie narządy wewnętrzne skuliły się i zamknęły w sobie pod wpływem tego ciepła, to on też się skulił i uciekał byle dalej, przed siebie. Tam było okno, na wprost, okno życia, za oknem był śnieg, zimny śnieg. Wyskoczył przez nie tak szybko, że sam nawet tego nie zauważył. Później kazali mu sobie to przypomnieć, ale on musiał zamknąć oczy, bo nic zupełnie nie pamiętał.
Pamiętał za to dziewczynę, matkę i chłopaka, który miał ładną szyję i dwa obojczyki oraz usta.

Pamięć nie leczy niczego, brak ubezpieczania zaś wszystko. Wrócił do kraju łanów złocistych, borów zielonych i szemrzącego ludu. Czekali na niego wszyscy ci, od których uciekał, zatroskani jak należy.
Dobry doktor poskładał jego ręce, kręgosłupa nie umiał. Powiedział, że potrzebna jest opieka i że pielęgniarka 500 zł miesiąc.

Pamięć nie leczyła niczego, bo teraz jakby nawet nie pamiętał, musiałby sobie przypomnieć, zmarłą matkę, dziewczynę, którą widział odtąd codziennie i codziennie życzył jej nieistnienia i chłopaka, którego nie widział już nigdy a który wyżłobił w pamięci najgłębsze wąwozy.

Pani doktor dawała mu płyn, który chłodził żyły i pozwalał spać, dziewczyna pochylała się zatroskana i co dzień co raz bardziej naga. On zaś marzył tylko o tym, by zapaść w śpiączkę, żeby nie słyszeć chrobotu maszyn, biadolenia sprzętu sprawdzającego, czy posłusznie wciąga w płuca powietrze i wydycha je przepisowo regularnie. Żeby nie słyszeć skrzypiących na ceratowej podłodze pantofli matki i nie myśleć więcej o ustach, obojczykach i szyi, które nie dawały mu spokoju.




wtorek, 5 marca 2013

Bóg Honor Ojczyzna


Wychudzone na wióry bez grama wody czy wódki  przerzucone przez poręcze krzesła, takie dyndające. W świątyni gdzie na posadzce pałętają się dzikie węże na przemian z bębnami i koralikami Afryki przywiezionymi przez misjonarzy entej potęgi kościoła stoi tron niebiański tebański niepański. Maria święta czeka na boskie zmiłowanie na tych wszystkich tych poduszkach z Kaszmiru czy innego Kosowa, tych niebieskich. Dzieci Indygo tańczą wkoło niej nucąc Marsyliankę cicho, ciszej, by nie zakłócić misterium męki kobiecej, co to za chwile zemrze.  

Nie kłamie.
Skuta jest kajdankami zawsze za luźnymi bo jakby było inaczej to byłby seks a tak jest patriotyzm. 
Nie kłamie, oprócz kilku momentów w nocy kiedy zarabia na dziecko znudzonego pracownika biurowego którejś generacji co to chciał się zabawić bez gumki extra stówa i za tą stówę teraz karmi ptasim mlekiem różowego chłopca.  Wtedy mówi, że się wstydzi, że cokolwiek obchodzą ją ciotki i matka co w grobie się przewraca i est porządną obywatelką, uczciwą i cnotliwą nawet, samotna matka, ma się rozumieć.

W świątyni Ojczyzny święconej krwią poległych braci na dębowej ciężkiej, ciężkiej ławie siedzi kombatant i wspomina koce wysyłane do Wietnamu i pomoc Rosjanom w '67. I łza spływa dumna, że może być częścią nobliwego ciała nie pamiętając owiniętych w ten koc zwłok syna Vietcongu. Trzęsące się dłonie malują znak krzyża i szepczą kolejną pokutę, ale jej nie ma, a Bóg nie słucha nie godnych, tych, co nie palą komitetów i posterunków. 

Kombatanci śpią w mogile, kto nie z nami ten żyje. Bóg poszedł na fajka i zatrzasnął się na balkonie, a samotne matki wyprowadzają psy rasy York, żeby nie było zbyt ładnie. 
W kościele na ławkach ciężkich dębowych modli się kurz i czerwone roztocze a pusty krzyż świeci blaknącym już konturem zdjętej postaci.

Nie ma prawdy ani kłamstwa, obrazy, obrazu, defragmentacji, refragmentacji czy trawestacji.  Motta, dewizy czy dewizki nawet, takiej do zegarka bo zegarka nie ma a i czasu w konsekwencji. 




wtorek, 19 lutego 2013

Piwnica wojenna


Na każdym drzewie siedział ptak. Każdy ptak wyfrunął z piwnicy. Tam nikt nie wraca. 

Moja pani od chemii wyglądała jak meksykańska czaszka pogrzebowa, taka drobna i w kwiaty. 
Schudła ostatnio. Zmarszczki. 
Zawsze na obcasach, wysokich, jak u klaczy.
Kobieta trzydziestoletnia.
Obcisłe dżinsy i marynarka. 

Teraz tylko kępki rudych włosów, skołtunionych i rozjaśnionych od sklepienia czaszki siwymi odrostami rozchodzącymi się promieniście. Rozbiegane oczy strzelają wodnistym błękitem we wszystkie szare zacieki. Tu jest brudno, zawsze, wasza wilgoć nie jest niczym specjalnym. Słychać to niemal, jakby ściany umiały słuchać albo co najmniej było to na nich wypisane. 

W piwnicy zostały tylko kaloryfery i materace.

Smutno więc trochę dzieciom wujka Fritza.
Smutno dziewczynkom bo nie mają już piórek do stymulacji.
Smutno chłopcom, bo nie mają już kości do gry.
Smutno Józiowi biednemu, od kiedy Adela wygoniła ptaki.

Tata siedzi na szafie. Bruno krwawi na ulicy, martwy już i właśnie żywy. Żyd z chlebem w kieszeni, jak chciałem się schylić to go rozpoznałem. Schudł, poszarzał. I ma papierową skórę, jak ludzie na ulicy krokodyli.




sobota, 9 lutego 2013

RANDOM


W 1986 roku pojawił się Alf. 


W X wieku odnotowano pierwsze zdanie w języku polskim. 

Skończyli w 1957 roku wydobywać uran w kopalni w Kletnie. 


ALFA




BETA


Mamy trzydzieści liter. Skończona jest wiec ilość kombinacji z nich możliwych.
Skończona jest więc ilość słów.
Skończona jest więc ilość wyrażeń.
Myślimy słowami, czego nie wyrazi język, tego nie pomyśli głowa. Nie ważne jak giętki by nie był.
Mylimy się słowami.

GAMMA

Promieniowanie gamma w kopalni bajecznie wprost kolorowej set niewyczuwalne i niesprawdzalne. Uran wydobywali polityczni, kobiety uran segregowały a Ci prawidłowi światopoglądowo ten uran wysyłali do Moskwy.



wtorek, 5 lutego 2013

Ermellino

Naśladuj przodków, szczególnie tych wielkich.


Jak Demostenes stań na szczycie góry i z ustami pełnymi frazesów dotyczących dobrego życia w cnocie wynikającej z poznania wykrzykuj swoje wiersze drzewom nierozumiejącym żadnego z twoich słów.

Jak Diogenes w jasny dzień wyszedłszy z beczki szukaj uczciwych ludzi, wciąż
wierząc w to, że istnieją. Potem odwróć się i uciekaj, kiedy praworządni postanowią wygnać Cię z miasta, jak twojego ojca i dziadka. 

Jak desperat oddychaj i tłocz powietrze, zmuszaj każdą swoją tkankę do pracy nad siły dla jednego silnego organizmu, jakim masz być. Działaj, by współtworzyć społeczeństwo, pisz ładne wiersze i opowiadania, wymyślaj historie, najlepiej dla dzieci, jaki rozsądny człowiek zajmuje się poważnie literaturą?

Czym przepraszam?

Szaleniec, który uznał, że posiadł duszę, oraz niejedną boską czcionkę łaszącą się mu u kolan. Jak łasica ślepa na jedno oko (ze starości) zwana później gronostajem. Nie wszystkie słowa muszą nazywać rzeczy lub zjawiska im towarzyszące prawdziwie. 
Ważne, by było ładnie. 



sobota, 19 stycznia 2013

Depresja pokulinarna

Mi strzelać nie kazano, wstąpiłam na działo i dumna skądinąd z nieudolnego w końcu zabiegu stylistycznego uniosłam dłonie ku górze, w niebo do samego Boga Ojca Wszechmogącego. Tak jak onegdaj Jego Syn na krzyżu. Widząc tłum z kamieniami i butelkami z benzyną nabierającymi potencjalnej energii urazu na mojej twarzoczaszce szczególnie, zawachałam się. 

Działo posłużyło mi za podest, Najświętsza Maria Panna na stołku kuchennym szykuje się do wniebowstąpienia. Tak romantycznie sakralnie powiewa nawet suknia w kolorze białym, trzepoczą rozwiązane rękawy kaftanu. Pewnym krokiem na stołek, na blat, parapet , w imię Ojca i Syna i Ducha. Szum. Pulsujące dźwięki bardziej już kolorowe plamy, rozmazane, obszary niewyostrzalne, niemożliwe. Drzazga, w palcu lewej stopy, obiad w garnku na kuchence, gotowane zwłoki kurczęcia z warzywami.

Mamo, mamooo! 

Rozlazłe macierzyństwo spływa z parapetu, piętro po piętrze zostawiając lepki ślad na ścianie, jak ślimak niemalże. 

Zacieki tramwajowe na uszach Warszawy.




piątek, 4 stycznia 2013

Bańka


Notatka osobista:

Zabawka na chwilę, gdy ekshibicjonizm nachalny postanowił wystąpić z brzegów. 
Dziennik metaforyczny, kiedy zobaczyłam, że to co stworzyłam było dobre. 


Opowiadanie właściwe.



Klatka Piersiowa. Żebra z drutów i obijający się o nie kawał mięsa na sznurku. 
Klatka.  Druty, pręty. Szczeliny odpowiednie do wypełzania. Śmierdzi tu gnijącym mięsem, uryną i marynowanym w alkoholach siarkowych potencjałem. Domofon? I cyferki melodyjne i tralala pokażę ci kolekcję numerków z szafy. Choć no. Babci nie ma w domu, pokażę ci coś. Po schodach na górę, do małego mieszkania z niskim sufitem pomalowanym na biało, co symbolizuje czystość myśli właścicieli i ich więź z niebem. Abo biały sufit. Ale oni byli wierzący bardzo. 

Zobacz, ptaszek w kuchni. Patrz, a ja zabiorę ci to, o czym nawet nie wiesz, ze masz. 

Taaak, ptaszek. Wefrunął do kuchni. Zobacz. 

I przestraszone małe dziewczę łapie go krzycząc: Otwórzcie okno!

Serce wielkości większej poziomki rozsadza klatkę piersiową, a wy każecie mi latać? 
Cokolwiek, byle nie siedzieć, bić, krzyczeć, biec, ruszyć przed siebie i nie zatrzymywać się dopóki nie zacznę pluć krwią. Do powietrza, przed siebie, do drzew, do lasu, do gniazda, do piskląt. Do domu. 



środa, 12 grudnia 2012

Jak klaun z pudełka.


Wariat znajdzie wytłumaczenie dla swoich paranoi.



Powtarzam się, powtórzenia służą nauce, zapamiętywaniu? 

Małpia zręczność naśladowania prowadzi do poznania? 

Pytania bez odpowiedzi są pójściem na łatwiznę. 

Odpowiadanie na nie jest bezczelnym wkraczaniem w czyjeś życie. 

Twierdzenia są proste, tym bardziej jeśli nie mam pojęcia o czym mówię.

Język jako taki jest fascynujący. Słowo, jego budowa i mimowolna wielość znaczeń paradoksalnie wyraża więcej niż intencjonalny potok słów. Jedno wyraża to, co pomiędzy dwoma lub trzema wydaje się być nieuchwytne. W wyrażeniach, w zbitkach głosek i zestawieniach tych zbitek, cząstek składni zawarte jest więcej treści ukrytej? Niezamierzonej? Emocji, intencji. Nawet nie ważne jest treść zwrotu a jego budowa, 

Mogłabym spróbować podać przykład, aby zostać lepiej zrozumianą, ale nie wiem, czy nie zagmatwałoby to jeszcze bardziej tekstu. I tak pseudointeligentnego i nachalnie walczącego o choć cząstkę drobną prawdy i zainteresowania. 
Farsa pogłębiona staje się jeszcze bardziej licha i żałosna. Niewprawny absurd, groteska traktowana poważnie na serio, serio? Naprawdę. Tak, dokładnie. Tylko ciągnę to za sobą jak niepotrzebny ogon. 

Chciałam latać, wiesz, wznosić się, ku słońcu w powietrze, tak jak samoloty a tylko podskakuję jak raniony kangur.

I nawet z tą raną ziejącą pustką (tak, piękne, nie ma co) jestem zabawna. 

Moja główka raz po raz eksploduje, a w chwilach wolnych od wybuchania usiłuje sie pozbierać. Jedyny moment gdy rozsądek jest w stanie przykuć jej uwagę to ten tuż przed kolejnym wybuchem.

Jak klaun z pudełka. 














wtorek, 4 grudnia 2012

Urbanistyczny koniec świata

Był jeszcze jeden dworzec. Towarowy może? 

Ja wiem, lepiej znasz swoje miasto, tak.

Ale ja wiem gdzie byłam. Bryła ciemna, rudego, bardzo rudego tworzywa, surowa tkanka miasta. Odsłonięta, ropiejąca rana. Uniwersalna brama, dalej zboże, kłosy itd itp...
I las, i jagody i lisy, sarny i inna fauna podlaska. Baaabuszka z zsiadłym mlekiem na wąsach. 

Takie ładne światło, pachnący plastikiem i płynem do czyszczenia tapicerek samochód, nagrzany od tego światła i ze wstydu gorący, poczerwieniały pod ciemnozielonym lakierem. 

Płatki lata odpadały powoli od żeliwnego szkieletu,  metal krwawił, kruszył się, opadał i wznosił się. 

Wyczyść. Wyczyść to! Sprzątaj. Nie może być śladu.




poniedziałek, 26 listopada 2012

6

Korci by wpisać dwie szóstki jeszcze?


i wtedy paloną kawą pachniało w kredensie. 


Opowieść. Można też tak. Można uczyć się kłamać, tak. Wprowadzać w błąd, kreować. 
Ale czarować tym, co już jest. Nieustannie trawestować, malować, przemalowywać, powlekać skórką oniryzmu. 

Żyjemy naskórkowo. 

Nie żyjemy. 

Prozaicznie jesteśmy martwi, chociaż nigdy nie zdarzyło nam się pomyśleć nawet o śmierci. Jeśli uciekasz, to wiesz przed czym? Przynajmniej kiedy zrywasz się do biegu.

Tak, wiem, mów za siebie. 

Nie mów do siebie, to dziwne, sugeruje niewidzialne, nieprzewidywalne. Mów za siebie, nie mów do siebie, nie pytaj nie zapowiedziana, nie mów nie zapytana. Patrz pod nogi. 
i zaczerpuj wciąż na nowo wprost ze źródła mieszczańskiego Nie myśl o tym, ze ci się odnawia stygmat
Nie myśl. że odnawia się stygmat widzenia, że to nie jest przywilej wybranych: widzieć.
Przekleństwem jednostek jest czuć, jest widzieć i zauważać, patrzeć. Stać. I nie móc nic zrobić.

Bo jeśli coś zauważane jest przez jedną osobę, jest to jej urojeniem czy niezauważalną realną krzywdą?
Jeśli kilka osób coś zauważa, to jest to zbiorowa halucynacja czy rzeczywisty problem?

Odkrywam dobrodziejstwa mistyfikacji. Tak  jak niewinni czarodzieje z głowami z tęczy i zachodnich cukierków.
Tylko że ja już nie jestem niewinną czarodziejką. 
Czy czarodziej który zawinił nie staje się sztukmistrzem?
Ha! Mistrz. Sztuk wszelakich. Dyletant życiowy i towarzyski, genius loci pracowni i nieudanych bankietów.



środa, 14 listopada 2012

L'esquisse

Lepki owoc zmienił naturę, słodka jego konsystencja ścierpła wnet i skuliła się. Ej, poczekajcie, TO się rusza... To nie daktyl, to karaluch!

Topi sie w błocie, pomarszzczony, wyschnięty... Lepki, bo z pęknięć stwardniałej skóry na grzbiecie wypełza mlecznożółta ropa. Zasklepiona już, zastyga i chroni filingranowe kształty niemalże ukończonej secesyjnej konstrukcji kręgosłupa. Nie przystaje on do ciała, mimo kunsztownej (słowo, którego nie cierpię, żywcem wydarte z ust niejednej polonistki), wypracowanej i pięknej formy staje się balastem.

Słów za mało aby powiedzieć cokolwiek, obrazy słowa i myśli, uniwersuum dźwięków i kolorów. Formy, linii i cienia.

I brak tego światła które było wyznacznikiem. Wewnętrznej latarni. Tak.. i co jeszcze? Port śmierć może?! Pozbądźmy się taniego efekciarstwa na rzecz ukazania faktycznych zwiazków międzyprzedmiotowych. Życie? Narodziny? Smierć? To było. Jest teraz, niezbadane i wieczne. Bo żyjemy wiecznie wietrznie niewierząc lub wiernie oddając się kierunkowi wiatru.

Czas prąd rzek obojętnych niesie nas w ujścia strome

Kiedy przesmyk zdaje się być skałą, pernamentnym końcem a wodospad zbawieniem? Zawierzyc wiatrowi i bogu?


Mehr licht. powiedział i umarł. Mehr nicht wychrypiał lekarz u wezgłowia.I żałoba narodowa po śmierci wieszcza. A Święci w niebie ćpają ostro. I widzą aniołów i rzeki krwi.

I lepkiego od tej krwi karalucha zastygającego w daktyl.

niedziela, 4 listopada 2012

Hamartia

Winą tragiczną jest istnienie


Idzie ulicą, kroczy, posuwa się, podbiega i przeskakuje. Dudni głucho, co sugeruje pustą przestrzeń.  Nie ma korzeni, pod nim nie ma nic. Jest On i chodnik, On, dudnienie i trochę kamienia, nic więcej. 
A niebo gwiaździste nad Nim, a pustka tak pusta pod nim. I nikt nie odezwie się pierwszy i żadne dryfujące myśli nie przypłyną w jego stronę.

I nawet jeśli nadal pracuje, jeśli czyta, coś tam pewnie pisze, jeśli wciąż słucha muuzyki i wyśmiewa idiotów (słusznie, skądinąd), już spada. Wciąż spada. I będzie spadał, na wieki wieków amen, bo uderzenie nastąpi, kiedy uświadomi on sobie, ze leci. 
Nawet jeśli o tym mówi, że wie, że tak jest, balansuje tylko. Bo nie wie gdzie faktycznie znajdzie się, kiedy przechyli się na złą stronę. 

Lżony i wyśmiewany wyhodował grubą warstwę tłuszczu, z której adolescencja uczyniła źródło kompleksów. 

On klnie i korzy się, stawia się i alienuje. I ciało jego płacze potokami łoju. 

Ale nie o tym, nie o nim. Dziś już jest on nieistotny, już wstał i teraz przemyka nie tyle lekko co bezgłośnie, wtopiony w krajobraz miasta, osiedla, ulicy. Korytarza dla psychicznie i nerwowo chorych. 

Stanął w ogniu nasz wielki dom. A obok sąsiad patrzy z ciekawością,
jak płonie na nim kaftan bezpieczeństwa.

Notatka lakoniczna, podano liczby znaczące i kilka liter. Tylu ocalało od wyzwolenia. Tylu udało się ocalić, tylu płonęło zanim wybuchła noc.

Jednak, jak już powiedziane zostało, nie o tem mi pisać i mówić, nie o tem myśleć, choć chciałam tym  żyć. 
Nieustanne seanse spirytystyczne, te fałszywe jak i te o jak najrealniejszym przebiegu odsłaniają przejścia, których nie ma i ścieżki, których nie było.  Ale nie o tem również.



Choć nie wiem o czym. 

Może że zmarli, że święto i że rocznica... 
Że pierwszy dzień i że znów inaczej?

Rok temu gruczoły zaczęły wydzielać chitynę, choć nią w postaci najpierwszej już byłam powleczona, gdy się rodziłam. 

Rok temu po raz pierwszy uciekłam od siebie i do dzisiaj biegnę i będę biegła już zawsze. Jak na złość, w tle A my nie chcemy uciekać stąd. No tak. 

Rok temu uświadomiłam sobie, że nie miałam być. I że bycie jest nagrodą, że aby fakt istnienia mógł zostać sfinalizowany w postaci, trzeba zasłużyć. 

I że teraz jest to śmieszne, i że może kieruje mną hybris i to to sprawia że uzurpuję sobie prawo istnienia? 
I że w tej tragedii hamartia polega na moim nie zaniechaniu zadośćuczynienia? 

Winą tragiczną jest istnienie, grzeszę oddechem, myślą, mową, uczynkiem i domniemaniem recydywy. 

 

piątek, 19 października 2012

Lukier gęsty na oczach, na ustach, na brodzie.

Piszesz to wszystko, a mi już ścierpły palce.



Ściany porośnięte biedronkami,  szemrzący duch pokoleń. Powietrze drży, muszki? Świat rozpada się na tysiące małych ziarenek piasku. Drży obraz, kiedy wizja spada na głowę. Czy możliwe jest życie po spełnieniu nieba?

Leć do nieba leć do nieba, nic nam więcej już nie trzeba. Nie mamy chleba, kamienica zbudowana jest z pianek. Białobezowe balkony kruszeją, pył z rozłamań nacukrza rzekę bzdur. Biedronki rodzą nadzienia. Gładka politura budynku, czekoladowe murale, cypryjskie drzewa jak z obrazka z dalekich krajów. Księżniczka z marcepanu.

Jedyna prosta, stała i niejadalna. Twarda czarna oś, idealnie gładka, wytrzymała, przyczyna i konsekwencja istnienia ulicy. 

Ludzie. Nie ma. Są, przechodzą, mijają, nie patrzą, nie czują, nie smakują.  Bezowobiałe balkony nacukrzają ślinę ściekającą mi po podbródku. Biedronki rodzą nadzienia. Nieobecność rodzi byty urojone.

Szare, zsiniałe twarze, chmurne jak niebo dzisiaj. Wtedy, bo relacja nie przekazywana jest na bierząco. 
Jak Wisła, której nie ma. Zostały śmieci i szlam i trupy ofiar historii. Kamienie i drewna. I butelki. Bardzo dużo szkła. Tu obok, butelki. Tam niżej, butelki. I w Wiśle  - butelki. Kamień węgielny cukierkowych domów - butelki. Wódka konsoliduje wiązania międzywymiarowe. Scukrza zatargi. 

O, wybudujcie domy, jasne, wielkie domy. 

Domy formą krystaliczną ludzkiej nienawiści? Kto powiedział, ze nienawiść nie jest klarowna?

Wypełza. Spomiędzy cegieł, przez betonowe bloki wypełnione słodzonym powietrzem. Błękitna farba, trujący jad spojrzenia. Niebieski świeci, szary fosforyzuje. W nocy, z satelity obserwować można niebiańską wstęgę Nowolipek.

"Ty pójdziesz z nim, o, tamtem. Na noc, dam Cie te rower.  - Pan Gołąb chowa obrazy. - No idź że no prosze! - Nam ja Ci te rower, pogadaj z nim. Nie? Do widzenia, a ile? ile? Sto zloty dla ciebie, sto. jakbym Cie nie lubił było by więcej. No  już, zmykaj."

niedziela, 7 października 2012

Dekonstrukcja służy reinterpretacji


 - Lalka, pokaż no się.


Lalka. Umalowana, ubrana, uśmiechnięta  Jak niegdyś manifest M3, dziś - U3. Manifest kobiecości. Można być szorstkim? Mężczyźni... Być miłą, piękną, zwiewną. 
Femme fatale w podomce, z mopem. W fartuszku zmywająca naczynia. Nie ukrywam,  wizja niesłychanie pociągająca. Za sznurki. 

Każda lalka może odciąć je z krzyża, do którego są uwiązane. Ale wtedy, pozostawiona sama sobie gubi się. Zwykłe, omówione niejednokrotnie  już. Dlatego nie wszyscy sięgają po nożyczki. Taak. Po co? skoro wygonie tak żyć, będąc uzależnionym.  Inspiracja, czy plagiat? 

UZALEŻNIENIE = NATURA,  z jednej z warszawskich ścian.


Dekonstrukcja służy reinterpretacji. 

Ale można obalać mity i prawdy utrwalone przez kurz jedynie po to, aby burzyć. Wprowadzać niepokój, niepoprawność. Bunt sam w sobie jest wartością, nie musi być poparty czymkolwiek głębszym. Służy reinterpretacji? Dezintegracji, deformacji. Destabilizacji. 

Niszczenie formą twórczą? 

Wandale reinterpretują przestrzeń publiczną zatem. Ale to prawda. Absurd, rozkładający stwierdzenia na części konstruuje z nich nowe, w porządku częstokroć czysto przypadkowym, co pozwala spojrzeć w innego punktu widzenia na to, co zwykłe i utrwalone.
 A punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.  
Ty siedzieć chcesz wyżej więc z góry oceniasz. 

Perspektywa. O niej zaś pisał P.

Mówiłam, że nie utrzymuję kontaktów. 


Oczywiście napisać można więcej, tylko po co? Można lepiej, na pewno.




wtorek, 2 października 2012

To jest takie proste.

Czarna dziura wciąga nas powoli do środka

Czarna New Era, czarne Nike'i, czarna Nokia



Uciekam, byle dalej, byle w górę, byle wyżej, w stronę słońca. W stronę ciężkiego  purpurowego nieba i samolotów zamiast gwiazd. Samolotów wydających dźwięki. Ciężaru chmur przypominających krem maślany i w stronę powietrza. Świeżego, rześkiego powietrza drgającego od spalin i  pyłu miasta. 

W stronę niebywale ostrej porannej percepcji. Perfidnie trzeźwej. I zaskakująco nieomylnej. Bolesnej? Po miękkiej nocy promienie świadomości bolą, a jakże. Wwiercają się w mózg i drążą dawno zamknięte tematy, o których istnieniu nie wiedziałam lub nie chciałam wiedzieć. Drążą dalej, do kości, do szpiku, do dna. 

 Świta. Okno, parapet, dachówki. Błyszczą, mokre i zimne. 

Powietrze wyjątkowo czyste, przejrzyste i ostre jak żyletka. Już samo jego wspomnienie winno być zdolne rozcinać niebo.

Dzień jak co dzień, poranek jak każdy inny. Raz deszcz. Raz śnieg. Czasem trochę słońca. 

Mgły, ostatki babiego lata osnuły przestrzeń w okół mnie, nie wyjdę już stąd. Nie wyjdę, bo jest za ładnie. Tak miękko i lekko i prosto. Tak. Wszystko jest takie łatwe. Wystarczy nie niszczyć pajęczyn. Wystarczy sprzyjać pająkom. i nie przerywać nici. Leżeć i być, rosnąć, piąć się,  rozgałęziać. Stwórca drzewom nie wymyślił piekła. 


Pamiętaj, nigdy nie przerywaj nici.
W czterech ścianach
wiatr nie wieje

niedziela, 16 września 2012

Kolejny wpis o niczym.

Pamięć? Zbiór życzeniowo dobranych faktów i wyobrażeń. 

 

Świeżo po lekturze stanowiącej zapis rozkładu pamięci, postępującego procesu jej dezorganizacji (i replikacji częstokroć przez wydarzenia obecne sztucznie patynowane) zaczęłam mieć wątpliwości.

O ile do tej pory to, co dzieje się obecnie, forma, istota mojego bytu wydawały mi się co najmniej dyskusyjne, pamięć pozostawała terytorium zbadanym, stałą, wokół której owija się niedookreśloność dnia dzisiejszego.

Rozkład, kontakt z defragmentacją  pamięci w żywym organizmie, w osobie bliskiej mi, zawsze poprzez ogrom czasu i różnice doświadczeń jakby z innej galaktyki pochodzącej sprawił, że dogmat upadł, niezmącona pewność wydarzeń zaczęła się burzyć. Wszystko mogło przecież nie mieć miejsca wcale, to, na podstawie czego buduję siebie może być jedynie wytworem własnej mojej wyobraźni, a nie pełnoprawnym wydarzeniem. Subiektywnym wrażeniem, majakiem sennym z którego wynika moje obecne pojmowanie siebie i swojej pozycji w świecie. Jest to nieweryfikowalne, historia to ustalony zestaw kłamstw. Pamięć jest zbiorem ewoluujących wyobrażeń?

Paradoksalnie jedynie to, co abstrakcyjne, nie zakorzenione w żaden sposób w namacalnej rzeczywistości jest najpewniejsze, definicja wydaje się być stała, nawet jeśli się zmienia, zawsze można to uchwycić, pojać. 

Zmiany faktów zaakceptować trudno, dlaczego to się wydarzyło skoro nie miało miejsca? Jak to nie miało, pamiętam przecież. Nie można dyskutować z takim stwierdzeniem, nie podlega ono klasyfikacji, nie można nadać mu wartości 0 lub 1 i wyjaśnić wątpliwości. 
Kiedy autorytet dotychczasowy głosi ewidentny absurd, pojawia się pytanie o charakterystykę pojęcia absurd.

Jeśli fakty nie są po naszej stronie, tym gorzej dla faktów. 

    "Bo najgorzej z tym internetem, że teraz wszyscy wszystko wiedzą. I mówią o tym, i każdy ma swoje zdanie na każdy temat. I to nie jest dobrze, nie. "  -  Tu pan wymownie się krzywi i wydaje charakterystyczny "sceptyczny" dźwięk, coś jakby mlaśnięcie lub syk, po czym wręcza mi resztę z sumy która płaciłam i znika za rosnącą górą przedwiecznych rupieci.

poniedziałek, 10 września 2012

Atropina



Brak pomysłów, ręka drży przed postawieniem kreski. Trzęsie się, drgawki mózgu, DEFEKT MUZGÓ. Może. A może nie. Nie potrafię myśleć. Język zwija się w supeł, drętwieje przy każdym wypowiadanym słowie. 

Nie snuje się już, blade widmo, powidok opalonej komety. Spalam się. Do cna. Intensywne zdenerwowanie podszywa skórę mrowieniem. Dzikim, prędkim, niepowstrzymanym mrowieniem angażującym większość zmysłów i nerwów.

Układać siebie z połamanych odłamków chityny, lepić, nadawać od nowa kształt bezkształtnej brei, którą tworzę. Przelać w na nowo przedmuchane szklane rurki rozlane płyny ustrojowe.

Znużenie, sen opada ciężkim pluskiem zamykając powieki. Spalam się, zwęglam. Wkoło śmierdzi przepalonym tłuszczem. Przepalonym po wielokroć już. Ile można? Ściany stłuszczają się, gęste powietrze osiada na wszystkim, na ustach, mlecznożółta pomada, na włosach, skórze i paznokciach. Pod paznokciami, tak gdzie strzępki ekstaz zdrapane z twoich pleców gdy mi brak powietrza i zdrady i kłamstwa i sen. Na oczach, świat widziany przez warstwy maści wszelakich. Mają polepszyć percepcję. Skorygować, by była właściwa. 

Atropina rozszerza źrenice. Pojmuję więcej, nie ma granic, kolorowe plamy, cienie, jaśniejsze miejsca.Atropina rozszerza percepcję, pogarsza? W kontekście różnorakich maści? Działa wobec nich antagonistycznie, zatem owszem. Ale jest miękko patrzeć, płynne, zmienione obrazy.


wtorek, 4 września 2012

Żar wydaje dźwięki

Dyszy i syczy nad głową.


Niczym najzwyklejszy, niespecyficzny narkotyk wprowadza on w stan otępiałej, mimowolnej dysocjacji, kiedy ciało, zmożone temperaturą i silnym na nie oddziaływaniem słonecznym zalega na trawie i zdaje się stawać na powrót praprzodkiem, prawójem szóstego stopnia z trzeciej odnogi ewolucji, który skręciwszy drzewiej w innym kierunku bezpowrotnie stracił możliwość kreowania konwencjonalnej cywilizacji. Jaźń zaś, czynność jej uśpiona przez brak bodźców, ulata spomiędzy źdźbeł ponad łany, ponad granatowe, jednolite ściany borów sosnowych i między ich igłami, znów w bólu odnajduje spokój i sen. Choć ból... to za duże słowo, prędzej dyskomfort i jego apogeum powodują nadzwyczajną łagodność myśli. 

Wybudzona z odrętwienia chłonę bezkrytycznie to, co czyni dekadencki nastrój ostatnich dni sierpnia sztucznym. Świadomość końca epoki, schyłku dziecięctwa to fakt, lecz nieuchronną przecież powagę można odwlec w czasie daleko.
Mały pokój, pokoik, stół, krzesło, wąskie łóżko, pod stropem nazbyt niskim by skorzystać z szelek...
Za oknem, nad dachem, posrebrzana kopuła, półokrągła dźwięcząca pokrywa. Mesdmes et Messieurs, c'est le monstre! P'tit cafard sur le grande terre.

Gwiazdy wirują i przemieszczają się, spadają. Jedna, leżąc u moich stóp oświetlała mi drogę. Praczka.
Błękitne, fosforyzujące ręczniki, niskie słupy telefoniczne (dużo, blisko, słów), na kablach, pięciopalczaste gołębie dłoni. Drewniane lub plastikowe spinacze, skarpetki, slipki i porwane koszulki. Czubki czupryn i marznące, bose stopy. Mokra, przylepiająca się do stóp trawa. Gwiazda w niej gdzieś obok. Zimna i jasna, paradoksalnie szlachectwem odpowiadająca magicznej czynności.

Tak dużo powietrza, lewituję, a mózg (z braku lepszych określeń) każe pozostawiać na kartce koślawe próby wiernego oddania atmosfery towarzyszącej rzeczywistym postaciom lub wydarzeniom. Mniej lub bardziej.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Je suis le cafard

Nauczyć się pisać od nowa, pozbyć się patetycznej maniery zbyt wyszukanego słownictwa ukrywającego głupie w gruncie rzeczy żale.


 Prawie wypłynęłam, karaluch, bez chityny zyskał złamany kręgosłup, a filigranowe jego następstwo o secesyjnych łukach i naznaczonych wybujałymi motywami roślinno - fantastycznymi ledwie utrzymywało przybierającą ludzkie kształty mnie. I choć bliska już człowiekowi stanęłam na nogi, spróbowawszy życia na wskroś przesiąkniętego społeczeństwem wraz ze wszystkimi następstwami integracji w określonych warunkach dobrej zabawy straciłam coś, co do tej pory było nieodzownym elementem mnie, przeznaczonym dla elitarnego grona ludzi, którzy są godni. Tak. Bowiem myśl spauperyzowana cierpi, jak ptak, jak dziewczę jak lilija piękne, co sięgnęło bruku.

Już po tym akapicie widać, czym jestem. Odrobina zainteresowania czyni w umyśle nie gorsze spustoszenia niż nie jeden narkotyk


Dorosłość? Udawanie. Kolejna metamorfoza, znów staję się uciążliwa, niezdecydowanie i narastający, nieokreślony dyskomfort. Przydała by mi się odrobina przyzwoitości chociaż, nie wypisywałabym tutaj bzdur. I osoby czytające (lub nie) wciąż widziałyby mnie jako osobę dojrzalszą niż jestem.

Tak. Jestem dzieciak, i to straszny, w dodatku dzieciak, który próbuje myśleć. Głupi. 


Dzieci są czyste, nawet te najgłupsze i najzłośliwsze są ludźmi. Muszę przestać udawać, bo żadna zmiana nie nastąpiła. Wciąż obleczona jestem w chitynę, cały czas przeżyję 8 dni bez głowy. 8 dni? Żyję tak od 16 lat. Brak głowy i  kończyn, jeno odnóża mniej lub bardziej nieporadne, co zależy od skali porównawczej.

Wciąż jestem karaluchem. Co jakiś czas przychodzi fala jakby zastanowienia, wirus myślenia nie do końca wyparty przez różne specyfiki usiłujące go wyplenić daje o sobie znać nadprodukcją bezsensownych wyrazów, które omamiona niezrozumianą poezją płyt chodnikowych percepcja każe zapisywać, ba! publikować, udostępniać innym, aby i oni mogli przekonać się o nędzy i głupocie zadufanej w sobie nastolatki.

Jestem dziś w nastroju nieprzysiadalnym, niepiśmiennym rzec bym mogła. Zanurzam się powoli w opary ciepłego mleka, staję się miękka, jak rozgotowany makaron, lepka i nieprzyjemna.

Nie powinnam pisać w tym stanie, ale zaważywszy na częstotliwość dodawania postów oraz treść bloga w ogóle, nie powinnam była zaczynać pisać wcale.

Coś trzeba zachować dla siebie, jednak tak nie umiem, brak taktu i uprzejmości widać w sytuacji, kiedy mam możliwość powiedzenia niektórych zdań, których mogę żałować. Których będę żałowała już w chwili mówienia, jednak bądź co bądź jestem zagubionym gdzieś w lesie kawałkiem ciepłego mleka i pływających  w nim powoli fermentujących grud nie zamieszanego budyniu. 

Czego można po mnie oczekiwać?


poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Spotkanie z legendą

Oto była prawdziwa, żywa tkanka społeczeństwa.


 Grube cielsko wtoczyła do topniejącej puszki. Kawał śmierdzącego mięsa owiniętego żółtą sukienką frote. I te muszelki na szyi ginące w ogromnym biuście. Prosto znad morza. Jebana mis sanatorium. Bananowo żółta Królowa Balu Pensjonarek zastana w papilotach. Sapie, rozsiewa wokół siebie woń  wieprzowej skóry, podłej kawy i skandalicznie tanich papierosów wzbogaconą o składniki, o które boję się nawet pytać. Jakaś nieodgadniona siła z jej wnętrza pcha każdą jeszcze żywą komórkę ku tlenowi, wyrywają się one z wydalających zatęchłe gazy pieczar z rozkładającymi się pozostałościami współtowarzyszy, pieczar wypełnionych z pokrytym śluzem tężejącym dymem papierosowym. Pierś faluje wzdymana coraz to bardziej łapczywym oddechem. Wystawione na działanie silnie operującego słońca przepuszczonego przez soczewki szyb tramwajowych i słoików wiktuały owinięte w plastikowe reklamówki zajmują równie plastikowe krzesełka wokół Niej.

Wagon ruszył, choć chwilę temu wydawało się to niemożliwe. Zwolnił ledwie, wpływ obciążenia zauważalny był jedynie w momencie ruszania, zryw, który miał być zręczny i gładki, wymagał więcej siły, w efekcie zaś stał się nieporadny i ociężały. Mało elegancki, mało estetyczny: słowo na „e”. eklerka. Miasto na e? Elbląg. Ewentualnie Ełk. Szaleństwa młodości kobiety w sukience frote.  

 Na nalanej twarzy błąkały się jeszcze ślady dawnego wyglądu, przed oczami stanęła mi ledwie przystojna, zwyczajna kobieta w wieku około 28 - 30 lat. Troje dzieci, krzyczą, hałasują, ona zmęczona karci na oślep. Cała trójka płacze, irytacja matki sięga zenitu, temperatura powietrza osiąga szczytowe wartości. Mocowanie jednorazowych reklamówek pęka a warzywa i słoiki z musztardą i śledziami toczą się po ulicy. Dzieci rozbiegają się w ślad za uciekającymi towarami. Matka ma dość, nie daje po sobie poznać, donośnym głosem przywołuje do siebie dzieci, którym udało się już zebrać ponad połowę zawartości porwanej siatki. Sama zbiera pozostałe warzywa, bo one głównie zostały na chodniku. To, co potoczyło się na drogę, jest już nie do odzyskania, 20 złotych rozjechane przez samochody. 
Dusząc w sobie żal i złość, milknie, szarpiąc silnymi dłońmi rączki dzieci. 

Kobieta w tramwaju poruszyła się i groźnie zacharczała w moją stronę. Zbyt długo widocznie wzrok mój spoczywał w okolicy jej osoby. 

Może nie? Może nie miała dzieci w ogóle? Całe życie przepracowawszy jako urzędniczka na większą chwałę partii po zmianie ustroju została sama? Nie wiem dlaczego, pomimo odstręczającej atmosfery w okół emanuje nerwowym macierzyństwem.

Nie chcę opisywać dalej, jak sapała, jak dusiła się wręcz, choć wkoło siebie mimo tłoku miała wyjątkowo dużo wolnego miejsca, jak zwierzęta skamlały, i kuliły się pod jej wzrokiem. Jak oburzona wysiadła, kiedy obok niej usiadła niemłoda już babcia z kilkuletnim wnuczęciem na kolanach.  

Mięso, ukryte pod zatłuszczonym materiałem fermentowało.
Oto była prawdziwa, żywa tkanka społeczeństwa.