sobota, 12 stycznia 2019

Chwilę przed

Pada deszcz.

Na chwilę przed niebo było błękitne i wrastały w nie czubki drzew jak nieobcinane paznokcie w palce u stóp.

Stopy zawieszone piętnaście centymetrów nad chodnikiem z betonowej przędzy kopały powietrze próbując zrobić krok na przód i nie wracać już tutaj. Po krawędzi, między płytami gdzie kiedyś była lawa a teraz tylko mech, po kablach na koniec świata i dalej, do elektrowni i jeszcze, pociągiem i z powrotem, nie ruszając się z miejsca przesunąć się o centymetr w prawo i piętnaście w dół, szybciej no, działaj.

Pada deszcz teraz i nikogo nie ma na ulicy i we włóczkę z elektryczności okręcają się kable i słup co je nosi.
Pada deszcz teraz i stopy bębnią głucho w powierzchnię i przesuwają się jak najbardziej i wraz  z nimi wszystko to, przed czym uciekają przesuwa się jeszcze bardziej.



Bok se pan wyrwiesz? Bok se panie wyrwę.

kwadrat gruntu powleczonego dywanem, kilka mebli, materac. ciepłe światło trzech świeczek utrzymuje powietrze w ryzach. wdech wydech wdech. wydech. wdech.

od kilku godzin piję tą samą kawę, zaparzoną jeszcze wczoraj wieczorem. od kilku godzin już nie wiem, co się właśnie stało. nie rozumiem. to, że nie wiele będę pamiętała było jasne. to, że obrazy zamienią się w nitki zdań również.

wypala się knot, utonął. nie wiem ile czasu upłynęło. kwadrat gruntu powleczonego dywanem, kilka mebli, materac. okno - duże i otwarte, zbyt blisko i za daleko od ziemi. poza nim jest dźwięk samolotów, namacalny, twardy i chropowaty, są chmury, domy, miasta, podwórka.
Psy, które odpowiadają, kiedy zawodzę ku niebu poranne modlitwy - w ich wyciu zawiera się wszystko, czego mi nigdy wypowiedzieć się nie uda. Cały lęk i brak przestrzeni, niemożliwość zaufania, nawet ręce, która karmi. Podświadome uwielbienie łańcucha przy szyi. Własne zęby im wrogiem, kiedy gryzą się w bok. Moje dłonie nie moje, powtarzam to jak mantrę, moje dłonie nie moje, kiedyś przestanę. Kiwać się, jak derwisz tańczyć zastępując suknem firmament piegów rozsianych na skórze