poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Je suis le cafard

Nauczyć się pisać od nowa, pozbyć się patetycznej maniery zbyt wyszukanego słownictwa ukrywającego głupie w gruncie rzeczy żale.


 Prawie wypłynęłam, karaluch, bez chityny zyskał złamany kręgosłup, a filigranowe jego następstwo o secesyjnych łukach i naznaczonych wybujałymi motywami roślinno - fantastycznymi ledwie utrzymywało przybierającą ludzkie kształty mnie. I choć bliska już człowiekowi stanęłam na nogi, spróbowawszy życia na wskroś przesiąkniętego społeczeństwem wraz ze wszystkimi następstwami integracji w określonych warunkach dobrej zabawy straciłam coś, co do tej pory było nieodzownym elementem mnie, przeznaczonym dla elitarnego grona ludzi, którzy są godni. Tak. Bowiem myśl spauperyzowana cierpi, jak ptak, jak dziewczę jak lilija piękne, co sięgnęło bruku.

Już po tym akapicie widać, czym jestem. Odrobina zainteresowania czyni w umyśle nie gorsze spustoszenia niż nie jeden narkotyk


Dorosłość? Udawanie. Kolejna metamorfoza, znów staję się uciążliwa, niezdecydowanie i narastający, nieokreślony dyskomfort. Przydała by mi się odrobina przyzwoitości chociaż, nie wypisywałabym tutaj bzdur. I osoby czytające (lub nie) wciąż widziałyby mnie jako osobę dojrzalszą niż jestem.

Tak. Jestem dzieciak, i to straszny, w dodatku dzieciak, który próbuje myśleć. Głupi. 


Dzieci są czyste, nawet te najgłupsze i najzłośliwsze są ludźmi. Muszę przestać udawać, bo żadna zmiana nie nastąpiła. Wciąż obleczona jestem w chitynę, cały czas przeżyję 8 dni bez głowy. 8 dni? Żyję tak od 16 lat. Brak głowy i  kończyn, jeno odnóża mniej lub bardziej nieporadne, co zależy od skali porównawczej.

Wciąż jestem karaluchem. Co jakiś czas przychodzi fala jakby zastanowienia, wirus myślenia nie do końca wyparty przez różne specyfiki usiłujące go wyplenić daje o sobie znać nadprodukcją bezsensownych wyrazów, które omamiona niezrozumianą poezją płyt chodnikowych percepcja każe zapisywać, ba! publikować, udostępniać innym, aby i oni mogli przekonać się o nędzy i głupocie zadufanej w sobie nastolatki.

Jestem dziś w nastroju nieprzysiadalnym, niepiśmiennym rzec bym mogła. Zanurzam się powoli w opary ciepłego mleka, staję się miękka, jak rozgotowany makaron, lepka i nieprzyjemna.

Nie powinnam pisać w tym stanie, ale zaważywszy na częstotliwość dodawania postów oraz treść bloga w ogóle, nie powinnam była zaczynać pisać wcale.

Coś trzeba zachować dla siebie, jednak tak nie umiem, brak taktu i uprzejmości widać w sytuacji, kiedy mam możliwość powiedzenia niektórych zdań, których mogę żałować. Których będę żałowała już w chwili mówienia, jednak bądź co bądź jestem zagubionym gdzieś w lesie kawałkiem ciepłego mleka i pływających  w nim powoli fermentujących grud nie zamieszanego budyniu. 

Czego można po mnie oczekiwać?


poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Spotkanie z legendą

Oto była prawdziwa, żywa tkanka społeczeństwa.


 Grube cielsko wtoczyła do topniejącej puszki. Kawał śmierdzącego mięsa owiniętego żółtą sukienką frote. I te muszelki na szyi ginące w ogromnym biuście. Prosto znad morza. Jebana mis sanatorium. Bananowo żółta Królowa Balu Pensjonarek zastana w papilotach. Sapie, rozsiewa wokół siebie woń  wieprzowej skóry, podłej kawy i skandalicznie tanich papierosów wzbogaconą o składniki, o które boję się nawet pytać. Jakaś nieodgadniona siła z jej wnętrza pcha każdą jeszcze żywą komórkę ku tlenowi, wyrywają się one z wydalających zatęchłe gazy pieczar z rozkładającymi się pozostałościami współtowarzyszy, pieczar wypełnionych z pokrytym śluzem tężejącym dymem papierosowym. Pierś faluje wzdymana coraz to bardziej łapczywym oddechem. Wystawione na działanie silnie operującego słońca przepuszczonego przez soczewki szyb tramwajowych i słoików wiktuały owinięte w plastikowe reklamówki zajmują równie plastikowe krzesełka wokół Niej.

Wagon ruszył, choć chwilę temu wydawało się to niemożliwe. Zwolnił ledwie, wpływ obciążenia zauważalny był jedynie w momencie ruszania, zryw, który miał być zręczny i gładki, wymagał więcej siły, w efekcie zaś stał się nieporadny i ociężały. Mało elegancki, mało estetyczny: słowo na „e”. eklerka. Miasto na e? Elbląg. Ewentualnie Ełk. Szaleństwa młodości kobiety w sukience frote.  

 Na nalanej twarzy błąkały się jeszcze ślady dawnego wyglądu, przed oczami stanęła mi ledwie przystojna, zwyczajna kobieta w wieku około 28 - 30 lat. Troje dzieci, krzyczą, hałasują, ona zmęczona karci na oślep. Cała trójka płacze, irytacja matki sięga zenitu, temperatura powietrza osiąga szczytowe wartości. Mocowanie jednorazowych reklamówek pęka a warzywa i słoiki z musztardą i śledziami toczą się po ulicy. Dzieci rozbiegają się w ślad za uciekającymi towarami. Matka ma dość, nie daje po sobie poznać, donośnym głosem przywołuje do siebie dzieci, którym udało się już zebrać ponad połowę zawartości porwanej siatki. Sama zbiera pozostałe warzywa, bo one głównie zostały na chodniku. To, co potoczyło się na drogę, jest już nie do odzyskania, 20 złotych rozjechane przez samochody. 
Dusząc w sobie żal i złość, milknie, szarpiąc silnymi dłońmi rączki dzieci. 

Kobieta w tramwaju poruszyła się i groźnie zacharczała w moją stronę. Zbyt długo widocznie wzrok mój spoczywał w okolicy jej osoby. 

Może nie? Może nie miała dzieci w ogóle? Całe życie przepracowawszy jako urzędniczka na większą chwałę partii po zmianie ustroju została sama? Nie wiem dlaczego, pomimo odstręczającej atmosfery w okół emanuje nerwowym macierzyństwem.

Nie chcę opisywać dalej, jak sapała, jak dusiła się wręcz, choć wkoło siebie mimo tłoku miała wyjątkowo dużo wolnego miejsca, jak zwierzęta skamlały, i kuliły się pod jej wzrokiem. Jak oburzona wysiadła, kiedy obok niej usiadła niemłoda już babcia z kilkuletnim wnuczęciem na kolanach.  

Mięso, ukryte pod zatłuszczonym materiałem fermentowało.
Oto była prawdziwa, żywa tkanka społeczeństwa.


czwartek, 2 sierpnia 2012

Trochę sentymentalnego pieprzenia od rzeczy.

Umiem zrobić kanapkę. Mogę mieszkać sama, jestem już prawie dorosła, za kilka lat, może więcej trochę... Babciu, co na obiad?



 nie można jak kiedyś, bezrefleksyjnie. Trzeba mi myśleć, trzeba mi zastanowić się przed wydaniem sądu. Traktowana jestem poważnie. Finalnie, po utarczkach słownych i potyczkach na talerze z mięsem. Jako tako, jednak nie jestem już dziewczynką, która obejrzała za dużo wiadomości. 

1 sierpnia jest dniem wyjątkowym. Ciepło historii, duma specyficzna rozchodzi się powoli po umyśle. Coś doniosłego, wzruszenie wiruje dziwnie w trzewiach. Poczucie przynależności, wspólnoty przytrzymuje w ziemi lotne korzenie. I strach. Podołam? Mam nadzieję nie zawieść. Ale kiedy, choć z urodzenia spadkobierczyni, mam rozpatrywać siebie w kontekście rodziny? 

Inaczej ponoć nie da się, jednak oznaczałoby to brak jednoznacznych korzeni, lub rozsianie ich, nie tak daleko w sumie, jednak po skrajnych bardzo regionach wschodnich. Jedno miejsce z którego pochodzę. Jeden dom. 

Dom  jest tam, gdzie się czapkę wiesza. Dom jest we mnie, niezależnie od tego, gdzie będę? Wygodne. 

Jednak dzieciństwo zawsze ma swoje miejsce, swoje znaki, amulety. Bazy, kryjówki, placki ziemniaczane, lalka, książka i samochód. Czerstwy chleb z pastą kawiorową lekko wędzoną. Appa. Umiem zrobić kanapkę, jestem dorosła. Mogę już mieszkać sama. Na blacie, na oknie w kuchni przez udające dżunglę liście w doniczkach wyglądałam na ulicę. Indianka, wychylająca się z buszu by obserwować biegnące bawoły. 

Pali się, pali! Po chmurach na schodach, z pachnącego korkową okładziną nieba zbiegałam, po schodach pokrytych pianką, czym jeszcze gasi się pożary, proszę pana? Jak długi jest pana wąż? Jedna z ostatnich niewinnych pięciolatek, nie dostrzegałam dwuznaczności. Jak długi?!  Dużo ludzi tam było. Kamiennie? Kostka Bauma, beton, szaroniebieskie ściany pomalowane farbą olejną. Raniła łuszcząc się. Wbiła się pod paznokcie. 

Chcesz zabawkę? Szklany twór, przeźroczysto niebieski traci coś, co miało ponoć uchodzić za głowę. Ciekawe, czy oni jeszcze żyją. Starsza pani i starszy pan z naprzeciwka. Mieli psa? 

Idę, odchodzę skądś, idę. Zostawiam za sobą coś, co miało trwać wiecznie, a kończy się po kilku tygodniach, miesiącach. Odchodzę, nie oglądając się za siebie. Przelotne znajomości, w danej chwili widziane jako przedwieczne przyjaźnie. Czy to już ten wiek, kiedy ma się przyjaciół, mamo?