poniedziałek, 26 listopada 2012

6

Korci by wpisać dwie szóstki jeszcze?


i wtedy paloną kawą pachniało w kredensie. 


Opowieść. Można też tak. Można uczyć się kłamać, tak. Wprowadzać w błąd, kreować. 
Ale czarować tym, co już jest. Nieustannie trawestować, malować, przemalowywać, powlekać skórką oniryzmu. 

Żyjemy naskórkowo. 

Nie żyjemy. 

Prozaicznie jesteśmy martwi, chociaż nigdy nie zdarzyło nam się pomyśleć nawet o śmierci. Jeśli uciekasz, to wiesz przed czym? Przynajmniej kiedy zrywasz się do biegu.

Tak, wiem, mów za siebie. 

Nie mów do siebie, to dziwne, sugeruje niewidzialne, nieprzewidywalne. Mów za siebie, nie mów do siebie, nie pytaj nie zapowiedziana, nie mów nie zapytana. Patrz pod nogi. 
i zaczerpuj wciąż na nowo wprost ze źródła mieszczańskiego Nie myśl o tym, ze ci się odnawia stygmat
Nie myśl. że odnawia się stygmat widzenia, że to nie jest przywilej wybranych: widzieć.
Przekleństwem jednostek jest czuć, jest widzieć i zauważać, patrzeć. Stać. I nie móc nic zrobić.

Bo jeśli coś zauważane jest przez jedną osobę, jest to jej urojeniem czy niezauważalną realną krzywdą?
Jeśli kilka osób coś zauważa, to jest to zbiorowa halucynacja czy rzeczywisty problem?

Odkrywam dobrodziejstwa mistyfikacji. Tak  jak niewinni czarodzieje z głowami z tęczy i zachodnich cukierków.
Tylko że ja już nie jestem niewinną czarodziejką. 
Czy czarodziej który zawinił nie staje się sztukmistrzem?
Ha! Mistrz. Sztuk wszelakich. Dyletant życiowy i towarzyski, genius loci pracowni i nieudanych bankietów.



środa, 14 listopada 2012

L'esquisse

Lepki owoc zmienił naturę, słodka jego konsystencja ścierpła wnet i skuliła się. Ej, poczekajcie, TO się rusza... To nie daktyl, to karaluch!

Topi sie w błocie, pomarszzczony, wyschnięty... Lepki, bo z pęknięć stwardniałej skóry na grzbiecie wypełza mlecznożółta ropa. Zasklepiona już, zastyga i chroni filingranowe kształty niemalże ukończonej secesyjnej konstrukcji kręgosłupa. Nie przystaje on do ciała, mimo kunsztownej (słowo, którego nie cierpię, żywcem wydarte z ust niejednej polonistki), wypracowanej i pięknej formy staje się balastem.

Słów za mało aby powiedzieć cokolwiek, obrazy słowa i myśli, uniwersuum dźwięków i kolorów. Formy, linii i cienia.

I brak tego światła które było wyznacznikiem. Wewnętrznej latarni. Tak.. i co jeszcze? Port śmierć może?! Pozbądźmy się taniego efekciarstwa na rzecz ukazania faktycznych zwiazków międzyprzedmiotowych. Życie? Narodziny? Smierć? To było. Jest teraz, niezbadane i wieczne. Bo żyjemy wiecznie wietrznie niewierząc lub wiernie oddając się kierunkowi wiatru.

Czas prąd rzek obojętnych niesie nas w ujścia strome

Kiedy przesmyk zdaje się być skałą, pernamentnym końcem a wodospad zbawieniem? Zawierzyc wiatrowi i bogu?


Mehr licht. powiedział i umarł. Mehr nicht wychrypiał lekarz u wezgłowia.I żałoba narodowa po śmierci wieszcza. A Święci w niebie ćpają ostro. I widzą aniołów i rzeki krwi.

I lepkiego od tej krwi karalucha zastygającego w daktyl.

niedziela, 4 listopada 2012

Hamartia

Winą tragiczną jest istnienie


Idzie ulicą, kroczy, posuwa się, podbiega i przeskakuje. Dudni głucho, co sugeruje pustą przestrzeń.  Nie ma korzeni, pod nim nie ma nic. Jest On i chodnik, On, dudnienie i trochę kamienia, nic więcej. 
A niebo gwiaździste nad Nim, a pustka tak pusta pod nim. I nikt nie odezwie się pierwszy i żadne dryfujące myśli nie przypłyną w jego stronę.

I nawet jeśli nadal pracuje, jeśli czyta, coś tam pewnie pisze, jeśli wciąż słucha muuzyki i wyśmiewa idiotów (słusznie, skądinąd), już spada. Wciąż spada. I będzie spadał, na wieki wieków amen, bo uderzenie nastąpi, kiedy uświadomi on sobie, ze leci. 
Nawet jeśli o tym mówi, że wie, że tak jest, balansuje tylko. Bo nie wie gdzie faktycznie znajdzie się, kiedy przechyli się na złą stronę. 

Lżony i wyśmiewany wyhodował grubą warstwę tłuszczu, z której adolescencja uczyniła źródło kompleksów. 

On klnie i korzy się, stawia się i alienuje. I ciało jego płacze potokami łoju. 

Ale nie o tym, nie o nim. Dziś już jest on nieistotny, już wstał i teraz przemyka nie tyle lekko co bezgłośnie, wtopiony w krajobraz miasta, osiedla, ulicy. Korytarza dla psychicznie i nerwowo chorych. 

Stanął w ogniu nasz wielki dom. A obok sąsiad patrzy z ciekawością,
jak płonie na nim kaftan bezpieczeństwa.

Notatka lakoniczna, podano liczby znaczące i kilka liter. Tylu ocalało od wyzwolenia. Tylu udało się ocalić, tylu płonęło zanim wybuchła noc.

Jednak, jak już powiedziane zostało, nie o tem mi pisać i mówić, nie o tem myśleć, choć chciałam tym  żyć. 
Nieustanne seanse spirytystyczne, te fałszywe jak i te o jak najrealniejszym przebiegu odsłaniają przejścia, których nie ma i ścieżki, których nie było.  Ale nie o tem również.



Choć nie wiem o czym. 

Może że zmarli, że święto i że rocznica... 
Że pierwszy dzień i że znów inaczej?

Rok temu gruczoły zaczęły wydzielać chitynę, choć nią w postaci najpierwszej już byłam powleczona, gdy się rodziłam. 

Rok temu po raz pierwszy uciekłam od siebie i do dzisiaj biegnę i będę biegła już zawsze. Jak na złość, w tle A my nie chcemy uciekać stąd. No tak. 

Rok temu uświadomiłam sobie, że nie miałam być. I że bycie jest nagrodą, że aby fakt istnienia mógł zostać sfinalizowany w postaci, trzeba zasłużyć. 

I że teraz jest to śmieszne, i że może kieruje mną hybris i to to sprawia że uzurpuję sobie prawo istnienia? 
I że w tej tragedii hamartia polega na moim nie zaniechaniu zadośćuczynienia? 

Winą tragiczną jest istnienie, grzeszę oddechem, myślą, mową, uczynkiem i domniemaniem recydywy.