Winą tragiczną jest istnienie
Idzie ulicą, kroczy, posuwa się, podbiega i przeskakuje. Dudni głucho, co sugeruje pustą przestrzeń. Nie ma korzeni, pod nim nie ma nic. Jest On i chodnik, On, dudnienie i trochę kamienia, nic więcej.
A niebo gwiaździste nad Nim, a pustka tak pusta pod nim. I nikt nie odezwie się pierwszy i żadne dryfujące myśli nie przypłyną w jego stronę.
I nawet jeśli nadal pracuje, jeśli czyta, coś tam pewnie pisze, jeśli wciąż słucha muuzyki i wyśmiewa idiotów (słusznie, skądinąd), już spada. Wciąż spada. I będzie spadał, na wieki wieków amen, bo uderzenie nastąpi, kiedy uświadomi on sobie, ze leci.
Nawet jeśli o tym mówi, że wie, że tak jest, balansuje tylko. Bo nie wie gdzie faktycznie znajdzie się, kiedy przechyli się na złą stronę.
Lżony i wyśmiewany wyhodował grubą warstwę tłuszczu, z której adolescencja uczyniła źródło kompleksów.
On klnie i korzy się, stawia się i alienuje. I ciało jego płacze potokami łoju.
Ale nie o tym, nie o nim. Dziś już jest on nieistotny, już wstał i teraz przemyka nie tyle lekko co bezgłośnie, wtopiony w krajobraz miasta, osiedla, ulicy. Korytarza dla psychicznie i nerwowo chorych.
Stanął w ogniu nasz wielki dom. A obok sąsiad patrzy z ciekawością,
jak płonie na nim kaftan bezpieczeństwa.
Notatka lakoniczna, podano liczby znaczące i kilka liter. Tylu ocalało od wyzwolenia. Tylu udało się ocalić, tylu płonęło zanim wybuchła noc.
Jednak, jak już powiedziane zostało, nie o tem mi pisać i mówić, nie o tem myśleć, choć chciałam tym żyć.
Nieustanne seanse spirytystyczne, te fałszywe jak i te o jak najrealniejszym przebiegu odsłaniają przejścia, których nie ma i ścieżki, których nie było. Ale nie o tem również.
Choć nie wiem o czym.
Może że zmarli, że święto i że rocznica...
Że pierwszy dzień i że znów inaczej?
Rok temu gruczoły zaczęły wydzielać chitynę, choć nią w postaci najpierwszej już byłam powleczona, gdy się rodziłam.
Rok temu po raz pierwszy uciekłam od siebie i do dzisiaj biegnę i będę biegła już zawsze. Jak na złość, w tle A my nie chcemy uciekać stąd. No tak.
Rok temu uświadomiłam sobie, że nie miałam być. I że bycie jest nagrodą, że aby fakt istnienia mógł zostać sfinalizowany w postaci, trzeba zasłużyć.
I że teraz jest to śmieszne, i że może kieruje mną hybris i to to sprawia że uzurpuję sobie prawo istnienia?
I że w tej tragedii hamartia polega na moim nie zaniechaniu zadośćuczynienia?
Winą tragiczną jest istnienie, grzeszę oddechem, myślą, mową, uczynkiem i domniemaniem recydywy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz