Lepki owoc zmienił naturę, słodka jego konsystencja ścierpła wnet i skuliła się. Ej, poczekajcie, TO się rusza... To nie daktyl, to karaluch!
Topi sie w błocie, pomarszzczony, wyschnięty... Lepki, bo z pęknięć stwardniałej skóry na grzbiecie wypełza mlecznożółta ropa. Zasklepiona już, zastyga i chroni filingranowe kształty niemalże ukończonej secesyjnej konstrukcji kręgosłupa. Nie przystaje on do ciała, mimo kunsztownej (słowo, którego nie cierpię, żywcem wydarte z ust niejednej polonistki), wypracowanej i pięknej formy staje się balastem.
Słów za mało aby powiedzieć cokolwiek, obrazy słowa i myśli, uniwersuum dźwięków i kolorów. Formy, linii i cienia.
I brak tego światła które było wyznacznikiem. Wewnętrznej latarni. Tak.. i co jeszcze? Port śmierć może?! Pozbądźmy się taniego efekciarstwa na rzecz ukazania faktycznych zwiazków międzyprzedmiotowych. Życie? Narodziny? Smierć? To było. Jest teraz, niezbadane i wieczne. Bo żyjemy wiecznie wietrznie niewierząc lub wiernie oddając się kierunkowi wiatru.
Czas prąd rzek obojętnych niesie nas w ujścia strome
Kiedy przesmyk zdaje się być skałą, pernamentnym końcem a wodospad zbawieniem? Zawierzyc wiatrowi i bogu?
Mehr licht. powiedział i umarł. Mehr nicht wychrypiał lekarz u wezgłowia.I żałoba narodowa po śmierci wieszcza. A Święci w niebie ćpają ostro. I widzą aniołów i rzeki krwi.
I lepkiego od tej krwi karalucha zastygającego w daktyl.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz