sobota, 30 marca 2013

Zima, zbyt zimno by pisać
na nitach dźwigarów
staowego mostu

ponad 50 lat temu padło coś co dzisiaj występuje miedzy: masz coś? i chodźmy 
się napić. Jakoś nie wierzę w ponadpokoleniową więź tych linijek i tego co następuje po nich z 
dniem jutrzejszym, wczorajszym czy którymkolwiek z dni, poezja nie ma nic wspólnego z 
czymkolwiek czym nie jest ani nawet z czymkolwiek czym była, bo jest tylko teraz, 
niezależnie z którego stulecia pochodzi. 

Ale coś pozostało, pomimo tak definitywnego odcięcia.

Nadal nie można pisać, palce przemarznięte do kości tracą zwinność, zdolność formułowania 
liter a całkowicie wybielone przez śnieg oczy tracą zdolność widzenia, zlodowaciała ślina na ustach 
uniemożliwia im krzyk, stoimy na środku pola a kiedyś skamieniejemy i dla następnych będziemy 
tajemnica jak Stonehenge. 



niedziela, 24 marca 2013

na zachodzie giną ludzie

Nie można czegoś zrobić i to jest trudne, żeby to zrozumieć. Zawsze przecież można, a jak nie można samemu, to trzeba zapytać.

Kilka lat temu było już dobrze, bo wyjechał z domu i zgubił się w mieście samych duchów z gotycką katedrą i niebieskimi sklepami arabów w centrum. Nie było ludzi, do których musiał mówić a propos, dziwek co to choć daj drinka chcesz, wiem przecież że tak, nie mów że nie, nie było jego dziewczyny, matki i chłopaka, który miał ładną szyję i dwa obojczyki oraz usta.

Bardziej niż dotychczas nie było żadnego musisz. Nie było pani z warzywniaka, dzielnicowego, ziomków i nawet piwa nie było i dragów żadnych. Brave new world.

I nawet kiedy wracał, bo chory ojciec, bo spadek, pogrzeb i matka z rakiem, bo wakacje i rzewnie nostalgiczne dążenia przyciągały do kraju lat dziecinnych - był już stamtąd. Był kimś innym, był przejazdem, był na chwilę i w ważnej sprawie.

Nowe miasto przestało być nowe, kiedy odkrył jak dojść z biblioteki do rynku i poznał sprzedawcę gofrów o ogromnych dłoniach. Wilgotnych i czerwonych, szorstkich, co to niby zniszczone, a przyjemnie drapią plecy. Zaczął jeździć bez biletu i już prawie przywykł, wystarczająco prawie by czuć się komfortowo. To było to samo miasto, co na początku. On był trochę inny,  trochę nietutejszy, wrósł w otoczenie jak barierka w drzewo, ale nie stał się tym miastem, jak ci co to się tu urodzili. Kilka lat mieszkania w tamtym miejscu nadało mu status domu.
Kiedy po raz pierwszy wrócił do wynajmowanego mieszkania i poczuł w nim pustkę, która krzyczała i wdarła mu się ona w oczy i dalej i palić zaczęła się w środku tak, że wszystkie narządy wewnętrzne skuliły się i zamknęły w sobie pod wpływem tego ciepła, to on też się skulił i uciekał byle dalej, przed siebie. Tam było okno, na wprost, okno życia, za oknem był śnieg, zimny śnieg. Wyskoczył przez nie tak szybko, że sam nawet tego nie zauważył. Później kazali mu sobie to przypomnieć, ale on musiał zamknąć oczy, bo nic zupełnie nie pamiętał.
Pamiętał za to dziewczynę, matkę i chłopaka, który miał ładną szyję i dwa obojczyki oraz usta.

Pamięć nie leczy niczego, brak ubezpieczania zaś wszystko. Wrócił do kraju łanów złocistych, borów zielonych i szemrzącego ludu. Czekali na niego wszyscy ci, od których uciekał, zatroskani jak należy.
Dobry doktor poskładał jego ręce, kręgosłupa nie umiał. Powiedział, że potrzebna jest opieka i że pielęgniarka 500 zł miesiąc.

Pamięć nie leczyła niczego, bo teraz jakby nawet nie pamiętał, musiałby sobie przypomnieć, zmarłą matkę, dziewczynę, którą widział odtąd codziennie i codziennie życzył jej nieistnienia i chłopaka, którego nie widział już nigdy a który wyżłobił w pamięci najgłębsze wąwozy.

Pani doktor dawała mu płyn, który chłodził żyły i pozwalał spać, dziewczyna pochylała się zatroskana i co dzień co raz bardziej naga. On zaś marzył tylko o tym, by zapaść w śpiączkę, żeby nie słyszeć chrobotu maszyn, biadolenia sprzętu sprawdzającego, czy posłusznie wciąga w płuca powietrze i wydycha je przepisowo regularnie. Żeby nie słyszeć skrzypiących na ceratowej podłodze pantofli matki i nie myśleć więcej o ustach, obojczykach i szyi, które nie dawały mu spokoju.




wtorek, 5 marca 2013

Bóg Honor Ojczyzna


Wychudzone na wióry bez grama wody czy wódki  przerzucone przez poręcze krzesła, takie dyndające. W świątyni gdzie na posadzce pałętają się dzikie węże na przemian z bębnami i koralikami Afryki przywiezionymi przez misjonarzy entej potęgi kościoła stoi tron niebiański tebański niepański. Maria święta czeka na boskie zmiłowanie na tych wszystkich tych poduszkach z Kaszmiru czy innego Kosowa, tych niebieskich. Dzieci Indygo tańczą wkoło niej nucąc Marsyliankę cicho, ciszej, by nie zakłócić misterium męki kobiecej, co to za chwile zemrze.  

Nie kłamie.
Skuta jest kajdankami zawsze za luźnymi bo jakby było inaczej to byłby seks a tak jest patriotyzm. 
Nie kłamie, oprócz kilku momentów w nocy kiedy zarabia na dziecko znudzonego pracownika biurowego którejś generacji co to chciał się zabawić bez gumki extra stówa i za tą stówę teraz karmi ptasim mlekiem różowego chłopca.  Wtedy mówi, że się wstydzi, że cokolwiek obchodzą ją ciotki i matka co w grobie się przewraca i est porządną obywatelką, uczciwą i cnotliwą nawet, samotna matka, ma się rozumieć.

W świątyni Ojczyzny święconej krwią poległych braci na dębowej ciężkiej, ciężkiej ławie siedzi kombatant i wspomina koce wysyłane do Wietnamu i pomoc Rosjanom w '67. I łza spływa dumna, że może być częścią nobliwego ciała nie pamiętając owiniętych w ten koc zwłok syna Vietcongu. Trzęsące się dłonie malują znak krzyża i szepczą kolejną pokutę, ale jej nie ma, a Bóg nie słucha nie godnych, tych, co nie palą komitetów i posterunków. 

Kombatanci śpią w mogile, kto nie z nami ten żyje. Bóg poszedł na fajka i zatrzasnął się na balkonie, a samotne matki wyprowadzają psy rasy York, żeby nie było zbyt ładnie. 
W kościele na ławkach ciężkich dębowych modli się kurz i czerwone roztocze a pusty krzyż świeci blaknącym już konturem zdjętej postaci.

Nie ma prawdy ani kłamstwa, obrazy, obrazu, defragmentacji, refragmentacji czy trawestacji.  Motta, dewizy czy dewizki nawet, takiej do zegarka bo zegarka nie ma a i czasu w konsekwencji.