Wychudzone na wióry bez grama wody czy wódki przerzucone przez poręcze krzesła, takie dyndające. W świątyni gdzie na posadzce pałętają się dzikie węże na przemian z bębnami i koralikami Afryki przywiezionymi przez misjonarzy entej potęgi kościoła stoi tron niebiański tebański niepański. Maria święta czeka na boskie zmiłowanie na tych wszystkich tych poduszkach z Kaszmiru czy innego Kosowa, tych niebieskich. Dzieci Indygo tańczą wkoło niej nucąc Marsyliankę cicho, ciszej, by nie zakłócić misterium męki kobiecej, co to za chwile zemrze.
Nie kłamie.
Skuta jest kajdankami zawsze za luźnymi bo jakby było inaczej to byłby seks a tak jest patriotyzm.
Nie kłamie, oprócz kilku momentów w nocy kiedy zarabia na dziecko znudzonego pracownika biurowego którejś generacji co to chciał się zabawić bez gumki extra stówa i za tą stówę teraz karmi ptasim mlekiem różowego chłopca. Wtedy mówi, że się wstydzi, że cokolwiek obchodzą ją ciotki i matka co w grobie się przewraca i est porządną obywatelką, uczciwą i cnotliwą nawet, samotna matka, ma się rozumieć.
W świątyni Ojczyzny święconej krwią poległych braci na dębowej ciężkiej, ciężkiej ławie siedzi kombatant i wspomina koce wysyłane do Wietnamu i pomoc Rosjanom w '67. I łza spływa dumna, że może być częścią nobliwego ciała nie pamiętając owiniętych w ten koc zwłok syna Vietcongu. Trzęsące się dłonie malują znak krzyża i szepczą kolejną pokutę, ale jej nie ma, a Bóg nie słucha nie godnych, tych, co nie palą komitetów i posterunków.
Kombatanci śpią w mogile, kto nie z nami ten żyje. Bóg poszedł na fajka i zatrzasnął się na balkonie, a samotne matki wyprowadzają psy rasy York, żeby nie było zbyt ładnie.
W kościele na ławkach ciężkich dębowych modli się kurz i czerwone roztocze a pusty krzyż świeci blaknącym już konturem zdjętej postaci.
Nie ma prawdy ani kłamstwa, obrazy, obrazu, defragmentacji, refragmentacji czy trawestacji. Motta, dewizy czy dewizki nawet, takiej do zegarka bo zegarka nie ma a i czasu w konsekwencji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz