niedziela, 24 marca 2013

na zachodzie giną ludzie

Nie można czegoś zrobić i to jest trudne, żeby to zrozumieć. Zawsze przecież można, a jak nie można samemu, to trzeba zapytać.

Kilka lat temu było już dobrze, bo wyjechał z domu i zgubił się w mieście samych duchów z gotycką katedrą i niebieskimi sklepami arabów w centrum. Nie było ludzi, do których musiał mówić a propos, dziwek co to choć daj drinka chcesz, wiem przecież że tak, nie mów że nie, nie było jego dziewczyny, matki i chłopaka, który miał ładną szyję i dwa obojczyki oraz usta.

Bardziej niż dotychczas nie było żadnego musisz. Nie było pani z warzywniaka, dzielnicowego, ziomków i nawet piwa nie było i dragów żadnych. Brave new world.

I nawet kiedy wracał, bo chory ojciec, bo spadek, pogrzeb i matka z rakiem, bo wakacje i rzewnie nostalgiczne dążenia przyciągały do kraju lat dziecinnych - był już stamtąd. Był kimś innym, był przejazdem, był na chwilę i w ważnej sprawie.

Nowe miasto przestało być nowe, kiedy odkrył jak dojść z biblioteki do rynku i poznał sprzedawcę gofrów o ogromnych dłoniach. Wilgotnych i czerwonych, szorstkich, co to niby zniszczone, a przyjemnie drapią plecy. Zaczął jeździć bez biletu i już prawie przywykł, wystarczająco prawie by czuć się komfortowo. To było to samo miasto, co na początku. On był trochę inny,  trochę nietutejszy, wrósł w otoczenie jak barierka w drzewo, ale nie stał się tym miastem, jak ci co to się tu urodzili. Kilka lat mieszkania w tamtym miejscu nadało mu status domu.
Kiedy po raz pierwszy wrócił do wynajmowanego mieszkania i poczuł w nim pustkę, która krzyczała i wdarła mu się ona w oczy i dalej i palić zaczęła się w środku tak, że wszystkie narządy wewnętrzne skuliły się i zamknęły w sobie pod wpływem tego ciepła, to on też się skulił i uciekał byle dalej, przed siebie. Tam było okno, na wprost, okno życia, za oknem był śnieg, zimny śnieg. Wyskoczył przez nie tak szybko, że sam nawet tego nie zauważył. Później kazali mu sobie to przypomnieć, ale on musiał zamknąć oczy, bo nic zupełnie nie pamiętał.
Pamiętał za to dziewczynę, matkę i chłopaka, który miał ładną szyję i dwa obojczyki oraz usta.

Pamięć nie leczy niczego, brak ubezpieczania zaś wszystko. Wrócił do kraju łanów złocistych, borów zielonych i szemrzącego ludu. Czekali na niego wszyscy ci, od których uciekał, zatroskani jak należy.
Dobry doktor poskładał jego ręce, kręgosłupa nie umiał. Powiedział, że potrzebna jest opieka i że pielęgniarka 500 zł miesiąc.

Pamięć nie leczyła niczego, bo teraz jakby nawet nie pamiętał, musiałby sobie przypomnieć, zmarłą matkę, dziewczynę, którą widział odtąd codziennie i codziennie życzył jej nieistnienia i chłopaka, którego nie widział już nigdy a który wyżłobił w pamięci najgłębsze wąwozy.

Pani doktor dawała mu płyn, który chłodził żyły i pozwalał spać, dziewczyna pochylała się zatroskana i co dzień co raz bardziej naga. On zaś marzył tylko o tym, by zapaść w śpiączkę, żeby nie słyszeć chrobotu maszyn, biadolenia sprzętu sprawdzającego, czy posłusznie wciąga w płuca powietrze i wydycha je przepisowo regularnie. Żeby nie słyszeć skrzypiących na ceratowej podłodze pantofli matki i nie myśleć więcej o ustach, obojczykach i szyi, które nie dawały mu spokoju.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz