środa, 12 grudnia 2012

Jak klaun z pudełka.


Wariat znajdzie wytłumaczenie dla swoich paranoi.



Powtarzam się, powtórzenia służą nauce, zapamiętywaniu? 

Małpia zręczność naśladowania prowadzi do poznania? 

Pytania bez odpowiedzi są pójściem na łatwiznę. 

Odpowiadanie na nie jest bezczelnym wkraczaniem w czyjeś życie. 

Twierdzenia są proste, tym bardziej jeśli nie mam pojęcia o czym mówię.

Język jako taki jest fascynujący. Słowo, jego budowa i mimowolna wielość znaczeń paradoksalnie wyraża więcej niż intencjonalny potok słów. Jedno wyraża to, co pomiędzy dwoma lub trzema wydaje się być nieuchwytne. W wyrażeniach, w zbitkach głosek i zestawieniach tych zbitek, cząstek składni zawarte jest więcej treści ukrytej? Niezamierzonej? Emocji, intencji. Nawet nie ważne jest treść zwrotu a jego budowa, 

Mogłabym spróbować podać przykład, aby zostać lepiej zrozumianą, ale nie wiem, czy nie zagmatwałoby to jeszcze bardziej tekstu. I tak pseudointeligentnego i nachalnie walczącego o choć cząstkę drobną prawdy i zainteresowania. 
Farsa pogłębiona staje się jeszcze bardziej licha i żałosna. Niewprawny absurd, groteska traktowana poważnie na serio, serio? Naprawdę. Tak, dokładnie. Tylko ciągnę to za sobą jak niepotrzebny ogon. 

Chciałam latać, wiesz, wznosić się, ku słońcu w powietrze, tak jak samoloty a tylko podskakuję jak raniony kangur.

I nawet z tą raną ziejącą pustką (tak, piękne, nie ma co) jestem zabawna. 

Moja główka raz po raz eksploduje, a w chwilach wolnych od wybuchania usiłuje sie pozbierać. Jedyny moment gdy rozsądek jest w stanie przykuć jej uwagę to ten tuż przed kolejnym wybuchem.

Jak klaun z pudełka. 














wtorek, 4 grudnia 2012

Urbanistyczny koniec świata

Był jeszcze jeden dworzec. Towarowy może? 

Ja wiem, lepiej znasz swoje miasto, tak.

Ale ja wiem gdzie byłam. Bryła ciemna, rudego, bardzo rudego tworzywa, surowa tkanka miasta. Odsłonięta, ropiejąca rana. Uniwersalna brama, dalej zboże, kłosy itd itp...
I las, i jagody i lisy, sarny i inna fauna podlaska. Baaabuszka z zsiadłym mlekiem na wąsach. 

Takie ładne światło, pachnący plastikiem i płynem do czyszczenia tapicerek samochód, nagrzany od tego światła i ze wstydu gorący, poczerwieniały pod ciemnozielonym lakierem. 

Płatki lata odpadały powoli od żeliwnego szkieletu,  metal krwawił, kruszył się, opadał i wznosił się. 

Wyczyść. Wyczyść to! Sprzątaj. Nie może być śladu.




poniedziałek, 26 listopada 2012

6

Korci by wpisać dwie szóstki jeszcze?


i wtedy paloną kawą pachniało w kredensie. 


Opowieść. Można też tak. Można uczyć się kłamać, tak. Wprowadzać w błąd, kreować. 
Ale czarować tym, co już jest. Nieustannie trawestować, malować, przemalowywać, powlekać skórką oniryzmu. 

Żyjemy naskórkowo. 

Nie żyjemy. 

Prozaicznie jesteśmy martwi, chociaż nigdy nie zdarzyło nam się pomyśleć nawet o śmierci. Jeśli uciekasz, to wiesz przed czym? Przynajmniej kiedy zrywasz się do biegu.

Tak, wiem, mów za siebie. 

Nie mów do siebie, to dziwne, sugeruje niewidzialne, nieprzewidywalne. Mów za siebie, nie mów do siebie, nie pytaj nie zapowiedziana, nie mów nie zapytana. Patrz pod nogi. 
i zaczerpuj wciąż na nowo wprost ze źródła mieszczańskiego Nie myśl o tym, ze ci się odnawia stygmat
Nie myśl. że odnawia się stygmat widzenia, że to nie jest przywilej wybranych: widzieć.
Przekleństwem jednostek jest czuć, jest widzieć i zauważać, patrzeć. Stać. I nie móc nic zrobić.

Bo jeśli coś zauważane jest przez jedną osobę, jest to jej urojeniem czy niezauważalną realną krzywdą?
Jeśli kilka osób coś zauważa, to jest to zbiorowa halucynacja czy rzeczywisty problem?

Odkrywam dobrodziejstwa mistyfikacji. Tak  jak niewinni czarodzieje z głowami z tęczy i zachodnich cukierków.
Tylko że ja już nie jestem niewinną czarodziejką. 
Czy czarodziej który zawinił nie staje się sztukmistrzem?
Ha! Mistrz. Sztuk wszelakich. Dyletant życiowy i towarzyski, genius loci pracowni i nieudanych bankietów.



środa, 14 listopada 2012

L'esquisse

Lepki owoc zmienił naturę, słodka jego konsystencja ścierpła wnet i skuliła się. Ej, poczekajcie, TO się rusza... To nie daktyl, to karaluch!

Topi sie w błocie, pomarszzczony, wyschnięty... Lepki, bo z pęknięć stwardniałej skóry na grzbiecie wypełza mlecznożółta ropa. Zasklepiona już, zastyga i chroni filingranowe kształty niemalże ukończonej secesyjnej konstrukcji kręgosłupa. Nie przystaje on do ciała, mimo kunsztownej (słowo, którego nie cierpię, żywcem wydarte z ust niejednej polonistki), wypracowanej i pięknej formy staje się balastem.

Słów za mało aby powiedzieć cokolwiek, obrazy słowa i myśli, uniwersuum dźwięków i kolorów. Formy, linii i cienia.

I brak tego światła które było wyznacznikiem. Wewnętrznej latarni. Tak.. i co jeszcze? Port śmierć może?! Pozbądźmy się taniego efekciarstwa na rzecz ukazania faktycznych zwiazków międzyprzedmiotowych. Życie? Narodziny? Smierć? To było. Jest teraz, niezbadane i wieczne. Bo żyjemy wiecznie wietrznie niewierząc lub wiernie oddając się kierunkowi wiatru.

Czas prąd rzek obojętnych niesie nas w ujścia strome

Kiedy przesmyk zdaje się być skałą, pernamentnym końcem a wodospad zbawieniem? Zawierzyc wiatrowi i bogu?


Mehr licht. powiedział i umarł. Mehr nicht wychrypiał lekarz u wezgłowia.I żałoba narodowa po śmierci wieszcza. A Święci w niebie ćpają ostro. I widzą aniołów i rzeki krwi.

I lepkiego od tej krwi karalucha zastygającego w daktyl.

niedziela, 4 listopada 2012

Hamartia

Winą tragiczną jest istnienie


Idzie ulicą, kroczy, posuwa się, podbiega i przeskakuje. Dudni głucho, co sugeruje pustą przestrzeń.  Nie ma korzeni, pod nim nie ma nic. Jest On i chodnik, On, dudnienie i trochę kamienia, nic więcej. 
A niebo gwiaździste nad Nim, a pustka tak pusta pod nim. I nikt nie odezwie się pierwszy i żadne dryfujące myśli nie przypłyną w jego stronę.

I nawet jeśli nadal pracuje, jeśli czyta, coś tam pewnie pisze, jeśli wciąż słucha muuzyki i wyśmiewa idiotów (słusznie, skądinąd), już spada. Wciąż spada. I będzie spadał, na wieki wieków amen, bo uderzenie nastąpi, kiedy uświadomi on sobie, ze leci. 
Nawet jeśli o tym mówi, że wie, że tak jest, balansuje tylko. Bo nie wie gdzie faktycznie znajdzie się, kiedy przechyli się na złą stronę. 

Lżony i wyśmiewany wyhodował grubą warstwę tłuszczu, z której adolescencja uczyniła źródło kompleksów. 

On klnie i korzy się, stawia się i alienuje. I ciało jego płacze potokami łoju. 

Ale nie o tym, nie o nim. Dziś już jest on nieistotny, już wstał i teraz przemyka nie tyle lekko co bezgłośnie, wtopiony w krajobraz miasta, osiedla, ulicy. Korytarza dla psychicznie i nerwowo chorych. 

Stanął w ogniu nasz wielki dom. A obok sąsiad patrzy z ciekawością,
jak płonie na nim kaftan bezpieczeństwa.

Notatka lakoniczna, podano liczby znaczące i kilka liter. Tylu ocalało od wyzwolenia. Tylu udało się ocalić, tylu płonęło zanim wybuchła noc.

Jednak, jak już powiedziane zostało, nie o tem mi pisać i mówić, nie o tem myśleć, choć chciałam tym  żyć. 
Nieustanne seanse spirytystyczne, te fałszywe jak i te o jak najrealniejszym przebiegu odsłaniają przejścia, których nie ma i ścieżki, których nie było.  Ale nie o tem również.



Choć nie wiem o czym. 

Może że zmarli, że święto i że rocznica... 
Że pierwszy dzień i że znów inaczej?

Rok temu gruczoły zaczęły wydzielać chitynę, choć nią w postaci najpierwszej już byłam powleczona, gdy się rodziłam. 

Rok temu po raz pierwszy uciekłam od siebie i do dzisiaj biegnę i będę biegła już zawsze. Jak na złość, w tle A my nie chcemy uciekać stąd. No tak. 

Rok temu uświadomiłam sobie, że nie miałam być. I że bycie jest nagrodą, że aby fakt istnienia mógł zostać sfinalizowany w postaci, trzeba zasłużyć. 

I że teraz jest to śmieszne, i że może kieruje mną hybris i to to sprawia że uzurpuję sobie prawo istnienia? 
I że w tej tragedii hamartia polega na moim nie zaniechaniu zadośćuczynienia? 

Winą tragiczną jest istnienie, grzeszę oddechem, myślą, mową, uczynkiem i domniemaniem recydywy. 

 

piątek, 19 października 2012

Lukier gęsty na oczach, na ustach, na brodzie.

Piszesz to wszystko, a mi już ścierpły palce.



Ściany porośnięte biedronkami,  szemrzący duch pokoleń. Powietrze drży, muszki? Świat rozpada się na tysiące małych ziarenek piasku. Drży obraz, kiedy wizja spada na głowę. Czy możliwe jest życie po spełnieniu nieba?

Leć do nieba leć do nieba, nic nam więcej już nie trzeba. Nie mamy chleba, kamienica zbudowana jest z pianek. Białobezowe balkony kruszeją, pył z rozłamań nacukrza rzekę bzdur. Biedronki rodzą nadzienia. Gładka politura budynku, czekoladowe murale, cypryjskie drzewa jak z obrazka z dalekich krajów. Księżniczka z marcepanu.

Jedyna prosta, stała i niejadalna. Twarda czarna oś, idealnie gładka, wytrzymała, przyczyna i konsekwencja istnienia ulicy. 

Ludzie. Nie ma. Są, przechodzą, mijają, nie patrzą, nie czują, nie smakują.  Bezowobiałe balkony nacukrzają ślinę ściekającą mi po podbródku. Biedronki rodzą nadzienia. Nieobecność rodzi byty urojone.

Szare, zsiniałe twarze, chmurne jak niebo dzisiaj. Wtedy, bo relacja nie przekazywana jest na bierząco. 
Jak Wisła, której nie ma. Zostały śmieci i szlam i trupy ofiar historii. Kamienie i drewna. I butelki. Bardzo dużo szkła. Tu obok, butelki. Tam niżej, butelki. I w Wiśle  - butelki. Kamień węgielny cukierkowych domów - butelki. Wódka konsoliduje wiązania międzywymiarowe. Scukrza zatargi. 

O, wybudujcie domy, jasne, wielkie domy. 

Domy formą krystaliczną ludzkiej nienawiści? Kto powiedział, ze nienawiść nie jest klarowna?

Wypełza. Spomiędzy cegieł, przez betonowe bloki wypełnione słodzonym powietrzem. Błękitna farba, trujący jad spojrzenia. Niebieski świeci, szary fosforyzuje. W nocy, z satelity obserwować można niebiańską wstęgę Nowolipek.

"Ty pójdziesz z nim, o, tamtem. Na noc, dam Cie te rower.  - Pan Gołąb chowa obrazy. - No idź że no prosze! - Nam ja Ci te rower, pogadaj z nim. Nie? Do widzenia, a ile? ile? Sto zloty dla ciebie, sto. jakbym Cie nie lubił było by więcej. No  już, zmykaj."

niedziela, 7 października 2012

Dekonstrukcja służy reinterpretacji


 - Lalka, pokaż no się.


Lalka. Umalowana, ubrana, uśmiechnięta  Jak niegdyś manifest M3, dziś - U3. Manifest kobiecości. Można być szorstkim? Mężczyźni... Być miłą, piękną, zwiewną. 
Femme fatale w podomce, z mopem. W fartuszku zmywająca naczynia. Nie ukrywam,  wizja niesłychanie pociągająca. Za sznurki. 

Każda lalka może odciąć je z krzyża, do którego są uwiązane. Ale wtedy, pozostawiona sama sobie gubi się. Zwykłe, omówione niejednokrotnie  już. Dlatego nie wszyscy sięgają po nożyczki. Taak. Po co? skoro wygonie tak żyć, będąc uzależnionym.  Inspiracja, czy plagiat? 

UZALEŻNIENIE = NATURA,  z jednej z warszawskich ścian.


Dekonstrukcja służy reinterpretacji. 

Ale można obalać mity i prawdy utrwalone przez kurz jedynie po to, aby burzyć. Wprowadzać niepokój, niepoprawność. Bunt sam w sobie jest wartością, nie musi być poparty czymkolwiek głębszym. Służy reinterpretacji? Dezintegracji, deformacji. Destabilizacji. 

Niszczenie formą twórczą? 

Wandale reinterpretują przestrzeń publiczną zatem. Ale to prawda. Absurd, rozkładający stwierdzenia na części konstruuje z nich nowe, w porządku częstokroć czysto przypadkowym, co pozwala spojrzeć w innego punktu widzenia na to, co zwykłe i utrwalone.
 A punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.  
Ty siedzieć chcesz wyżej więc z góry oceniasz. 

Perspektywa. O niej zaś pisał P.

Mówiłam, że nie utrzymuję kontaktów. 


Oczywiście napisać można więcej, tylko po co? Można lepiej, na pewno.




wtorek, 2 października 2012

To jest takie proste.

Czarna dziura wciąga nas powoli do środka

Czarna New Era, czarne Nike'i, czarna Nokia



Uciekam, byle dalej, byle w górę, byle wyżej, w stronę słońca. W stronę ciężkiego  purpurowego nieba i samolotów zamiast gwiazd. Samolotów wydających dźwięki. Ciężaru chmur przypominających krem maślany i w stronę powietrza. Świeżego, rześkiego powietrza drgającego od spalin i  pyłu miasta. 

W stronę niebywale ostrej porannej percepcji. Perfidnie trzeźwej. I zaskakująco nieomylnej. Bolesnej? Po miękkiej nocy promienie świadomości bolą, a jakże. Wwiercają się w mózg i drążą dawno zamknięte tematy, o których istnieniu nie wiedziałam lub nie chciałam wiedzieć. Drążą dalej, do kości, do szpiku, do dna. 

 Świta. Okno, parapet, dachówki. Błyszczą, mokre i zimne. 

Powietrze wyjątkowo czyste, przejrzyste i ostre jak żyletka. Już samo jego wspomnienie winno być zdolne rozcinać niebo.

Dzień jak co dzień, poranek jak każdy inny. Raz deszcz. Raz śnieg. Czasem trochę słońca. 

Mgły, ostatki babiego lata osnuły przestrzeń w okół mnie, nie wyjdę już stąd. Nie wyjdę, bo jest za ładnie. Tak miękko i lekko i prosto. Tak. Wszystko jest takie łatwe. Wystarczy nie niszczyć pajęczyn. Wystarczy sprzyjać pająkom. i nie przerywać nici. Leżeć i być, rosnąć, piąć się,  rozgałęziać. Stwórca drzewom nie wymyślił piekła. 


Pamiętaj, nigdy nie przerywaj nici.
W czterech ścianach
wiatr nie wieje

niedziela, 16 września 2012

Kolejny wpis o niczym.

Pamięć? Zbiór życzeniowo dobranych faktów i wyobrażeń. 

 

Świeżo po lekturze stanowiącej zapis rozkładu pamięci, postępującego procesu jej dezorganizacji (i replikacji częstokroć przez wydarzenia obecne sztucznie patynowane) zaczęłam mieć wątpliwości.

O ile do tej pory to, co dzieje się obecnie, forma, istota mojego bytu wydawały mi się co najmniej dyskusyjne, pamięć pozostawała terytorium zbadanym, stałą, wokół której owija się niedookreśloność dnia dzisiejszego.

Rozkład, kontakt z defragmentacją  pamięci w żywym organizmie, w osobie bliskiej mi, zawsze poprzez ogrom czasu i różnice doświadczeń jakby z innej galaktyki pochodzącej sprawił, że dogmat upadł, niezmącona pewność wydarzeń zaczęła się burzyć. Wszystko mogło przecież nie mieć miejsca wcale, to, na podstawie czego buduję siebie może być jedynie wytworem własnej mojej wyobraźni, a nie pełnoprawnym wydarzeniem. Subiektywnym wrażeniem, majakiem sennym z którego wynika moje obecne pojmowanie siebie i swojej pozycji w świecie. Jest to nieweryfikowalne, historia to ustalony zestaw kłamstw. Pamięć jest zbiorem ewoluujących wyobrażeń?

Paradoksalnie jedynie to, co abstrakcyjne, nie zakorzenione w żaden sposób w namacalnej rzeczywistości jest najpewniejsze, definicja wydaje się być stała, nawet jeśli się zmienia, zawsze można to uchwycić, pojać. 

Zmiany faktów zaakceptować trudno, dlaczego to się wydarzyło skoro nie miało miejsca? Jak to nie miało, pamiętam przecież. Nie można dyskutować z takim stwierdzeniem, nie podlega ono klasyfikacji, nie można nadać mu wartości 0 lub 1 i wyjaśnić wątpliwości. 
Kiedy autorytet dotychczasowy głosi ewidentny absurd, pojawia się pytanie o charakterystykę pojęcia absurd.

Jeśli fakty nie są po naszej stronie, tym gorzej dla faktów. 

    "Bo najgorzej z tym internetem, że teraz wszyscy wszystko wiedzą. I mówią o tym, i każdy ma swoje zdanie na każdy temat. I to nie jest dobrze, nie. "  -  Tu pan wymownie się krzywi i wydaje charakterystyczny "sceptyczny" dźwięk, coś jakby mlaśnięcie lub syk, po czym wręcza mi resztę z sumy która płaciłam i znika za rosnącą górą przedwiecznych rupieci.

poniedziałek, 10 września 2012

Atropina



Brak pomysłów, ręka drży przed postawieniem kreski. Trzęsie się, drgawki mózgu, DEFEKT MUZGÓ. Może. A może nie. Nie potrafię myśleć. Język zwija się w supeł, drętwieje przy każdym wypowiadanym słowie. 

Nie snuje się już, blade widmo, powidok opalonej komety. Spalam się. Do cna. Intensywne zdenerwowanie podszywa skórę mrowieniem. Dzikim, prędkim, niepowstrzymanym mrowieniem angażującym większość zmysłów i nerwów.

Układać siebie z połamanych odłamków chityny, lepić, nadawać od nowa kształt bezkształtnej brei, którą tworzę. Przelać w na nowo przedmuchane szklane rurki rozlane płyny ustrojowe.

Znużenie, sen opada ciężkim pluskiem zamykając powieki. Spalam się, zwęglam. Wkoło śmierdzi przepalonym tłuszczem. Przepalonym po wielokroć już. Ile można? Ściany stłuszczają się, gęste powietrze osiada na wszystkim, na ustach, mlecznożółta pomada, na włosach, skórze i paznokciach. Pod paznokciami, tak gdzie strzępki ekstaz zdrapane z twoich pleców gdy mi brak powietrza i zdrady i kłamstwa i sen. Na oczach, świat widziany przez warstwy maści wszelakich. Mają polepszyć percepcję. Skorygować, by była właściwa. 

Atropina rozszerza źrenice. Pojmuję więcej, nie ma granic, kolorowe plamy, cienie, jaśniejsze miejsca.Atropina rozszerza percepcję, pogarsza? W kontekście różnorakich maści? Działa wobec nich antagonistycznie, zatem owszem. Ale jest miękko patrzeć, płynne, zmienione obrazy.


wtorek, 4 września 2012

Żar wydaje dźwięki

Dyszy i syczy nad głową.


Niczym najzwyklejszy, niespecyficzny narkotyk wprowadza on w stan otępiałej, mimowolnej dysocjacji, kiedy ciało, zmożone temperaturą i silnym na nie oddziaływaniem słonecznym zalega na trawie i zdaje się stawać na powrót praprzodkiem, prawójem szóstego stopnia z trzeciej odnogi ewolucji, który skręciwszy drzewiej w innym kierunku bezpowrotnie stracił możliwość kreowania konwencjonalnej cywilizacji. Jaźń zaś, czynność jej uśpiona przez brak bodźców, ulata spomiędzy źdźbeł ponad łany, ponad granatowe, jednolite ściany borów sosnowych i między ich igłami, znów w bólu odnajduje spokój i sen. Choć ból... to za duże słowo, prędzej dyskomfort i jego apogeum powodują nadzwyczajną łagodność myśli. 

Wybudzona z odrętwienia chłonę bezkrytycznie to, co czyni dekadencki nastrój ostatnich dni sierpnia sztucznym. Świadomość końca epoki, schyłku dziecięctwa to fakt, lecz nieuchronną przecież powagę można odwlec w czasie daleko.
Mały pokój, pokoik, stół, krzesło, wąskie łóżko, pod stropem nazbyt niskim by skorzystać z szelek...
Za oknem, nad dachem, posrebrzana kopuła, półokrągła dźwięcząca pokrywa. Mesdmes et Messieurs, c'est le monstre! P'tit cafard sur le grande terre.

Gwiazdy wirują i przemieszczają się, spadają. Jedna, leżąc u moich stóp oświetlała mi drogę. Praczka.
Błękitne, fosforyzujące ręczniki, niskie słupy telefoniczne (dużo, blisko, słów), na kablach, pięciopalczaste gołębie dłoni. Drewniane lub plastikowe spinacze, skarpetki, slipki i porwane koszulki. Czubki czupryn i marznące, bose stopy. Mokra, przylepiająca się do stóp trawa. Gwiazda w niej gdzieś obok. Zimna i jasna, paradoksalnie szlachectwem odpowiadająca magicznej czynności.

Tak dużo powietrza, lewituję, a mózg (z braku lepszych określeń) każe pozostawiać na kartce koślawe próby wiernego oddania atmosfery towarzyszącej rzeczywistym postaciom lub wydarzeniom. Mniej lub bardziej.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Je suis le cafard

Nauczyć się pisać od nowa, pozbyć się patetycznej maniery zbyt wyszukanego słownictwa ukrywającego głupie w gruncie rzeczy żale.


 Prawie wypłynęłam, karaluch, bez chityny zyskał złamany kręgosłup, a filigranowe jego następstwo o secesyjnych łukach i naznaczonych wybujałymi motywami roślinno - fantastycznymi ledwie utrzymywało przybierającą ludzkie kształty mnie. I choć bliska już człowiekowi stanęłam na nogi, spróbowawszy życia na wskroś przesiąkniętego społeczeństwem wraz ze wszystkimi następstwami integracji w określonych warunkach dobrej zabawy straciłam coś, co do tej pory było nieodzownym elementem mnie, przeznaczonym dla elitarnego grona ludzi, którzy są godni. Tak. Bowiem myśl spauperyzowana cierpi, jak ptak, jak dziewczę jak lilija piękne, co sięgnęło bruku.

Już po tym akapicie widać, czym jestem. Odrobina zainteresowania czyni w umyśle nie gorsze spustoszenia niż nie jeden narkotyk


Dorosłość? Udawanie. Kolejna metamorfoza, znów staję się uciążliwa, niezdecydowanie i narastający, nieokreślony dyskomfort. Przydała by mi się odrobina przyzwoitości chociaż, nie wypisywałabym tutaj bzdur. I osoby czytające (lub nie) wciąż widziałyby mnie jako osobę dojrzalszą niż jestem.

Tak. Jestem dzieciak, i to straszny, w dodatku dzieciak, który próbuje myśleć. Głupi. 


Dzieci są czyste, nawet te najgłupsze i najzłośliwsze są ludźmi. Muszę przestać udawać, bo żadna zmiana nie nastąpiła. Wciąż obleczona jestem w chitynę, cały czas przeżyję 8 dni bez głowy. 8 dni? Żyję tak od 16 lat. Brak głowy i  kończyn, jeno odnóża mniej lub bardziej nieporadne, co zależy od skali porównawczej.

Wciąż jestem karaluchem. Co jakiś czas przychodzi fala jakby zastanowienia, wirus myślenia nie do końca wyparty przez różne specyfiki usiłujące go wyplenić daje o sobie znać nadprodukcją bezsensownych wyrazów, które omamiona niezrozumianą poezją płyt chodnikowych percepcja każe zapisywać, ba! publikować, udostępniać innym, aby i oni mogli przekonać się o nędzy i głupocie zadufanej w sobie nastolatki.

Jestem dziś w nastroju nieprzysiadalnym, niepiśmiennym rzec bym mogła. Zanurzam się powoli w opary ciepłego mleka, staję się miękka, jak rozgotowany makaron, lepka i nieprzyjemna.

Nie powinnam pisać w tym stanie, ale zaważywszy na częstotliwość dodawania postów oraz treść bloga w ogóle, nie powinnam była zaczynać pisać wcale.

Coś trzeba zachować dla siebie, jednak tak nie umiem, brak taktu i uprzejmości widać w sytuacji, kiedy mam możliwość powiedzenia niektórych zdań, których mogę żałować. Których będę żałowała już w chwili mówienia, jednak bądź co bądź jestem zagubionym gdzieś w lesie kawałkiem ciepłego mleka i pływających  w nim powoli fermentujących grud nie zamieszanego budyniu. 

Czego można po mnie oczekiwać?


poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Spotkanie z legendą

Oto była prawdziwa, żywa tkanka społeczeństwa.


 Grube cielsko wtoczyła do topniejącej puszki. Kawał śmierdzącego mięsa owiniętego żółtą sukienką frote. I te muszelki na szyi ginące w ogromnym biuście. Prosto znad morza. Jebana mis sanatorium. Bananowo żółta Królowa Balu Pensjonarek zastana w papilotach. Sapie, rozsiewa wokół siebie woń  wieprzowej skóry, podłej kawy i skandalicznie tanich papierosów wzbogaconą o składniki, o które boję się nawet pytać. Jakaś nieodgadniona siła z jej wnętrza pcha każdą jeszcze żywą komórkę ku tlenowi, wyrywają się one z wydalających zatęchłe gazy pieczar z rozkładającymi się pozostałościami współtowarzyszy, pieczar wypełnionych z pokrytym śluzem tężejącym dymem papierosowym. Pierś faluje wzdymana coraz to bardziej łapczywym oddechem. Wystawione na działanie silnie operującego słońca przepuszczonego przez soczewki szyb tramwajowych i słoików wiktuały owinięte w plastikowe reklamówki zajmują równie plastikowe krzesełka wokół Niej.

Wagon ruszył, choć chwilę temu wydawało się to niemożliwe. Zwolnił ledwie, wpływ obciążenia zauważalny był jedynie w momencie ruszania, zryw, który miał być zręczny i gładki, wymagał więcej siły, w efekcie zaś stał się nieporadny i ociężały. Mało elegancki, mało estetyczny: słowo na „e”. eklerka. Miasto na e? Elbląg. Ewentualnie Ełk. Szaleństwa młodości kobiety w sukience frote.  

 Na nalanej twarzy błąkały się jeszcze ślady dawnego wyglądu, przed oczami stanęła mi ledwie przystojna, zwyczajna kobieta w wieku około 28 - 30 lat. Troje dzieci, krzyczą, hałasują, ona zmęczona karci na oślep. Cała trójka płacze, irytacja matki sięga zenitu, temperatura powietrza osiąga szczytowe wartości. Mocowanie jednorazowych reklamówek pęka a warzywa i słoiki z musztardą i śledziami toczą się po ulicy. Dzieci rozbiegają się w ślad za uciekającymi towarami. Matka ma dość, nie daje po sobie poznać, donośnym głosem przywołuje do siebie dzieci, którym udało się już zebrać ponad połowę zawartości porwanej siatki. Sama zbiera pozostałe warzywa, bo one głównie zostały na chodniku. To, co potoczyło się na drogę, jest już nie do odzyskania, 20 złotych rozjechane przez samochody. 
Dusząc w sobie żal i złość, milknie, szarpiąc silnymi dłońmi rączki dzieci. 

Kobieta w tramwaju poruszyła się i groźnie zacharczała w moją stronę. Zbyt długo widocznie wzrok mój spoczywał w okolicy jej osoby. 

Może nie? Może nie miała dzieci w ogóle? Całe życie przepracowawszy jako urzędniczka na większą chwałę partii po zmianie ustroju została sama? Nie wiem dlaczego, pomimo odstręczającej atmosfery w okół emanuje nerwowym macierzyństwem.

Nie chcę opisywać dalej, jak sapała, jak dusiła się wręcz, choć wkoło siebie mimo tłoku miała wyjątkowo dużo wolnego miejsca, jak zwierzęta skamlały, i kuliły się pod jej wzrokiem. Jak oburzona wysiadła, kiedy obok niej usiadła niemłoda już babcia z kilkuletnim wnuczęciem na kolanach.  

Mięso, ukryte pod zatłuszczonym materiałem fermentowało.
Oto była prawdziwa, żywa tkanka społeczeństwa.


czwartek, 2 sierpnia 2012

Trochę sentymentalnego pieprzenia od rzeczy.

Umiem zrobić kanapkę. Mogę mieszkać sama, jestem już prawie dorosła, za kilka lat, może więcej trochę... Babciu, co na obiad?



 nie można jak kiedyś, bezrefleksyjnie. Trzeba mi myśleć, trzeba mi zastanowić się przed wydaniem sądu. Traktowana jestem poważnie. Finalnie, po utarczkach słownych i potyczkach na talerze z mięsem. Jako tako, jednak nie jestem już dziewczynką, która obejrzała za dużo wiadomości. 

1 sierpnia jest dniem wyjątkowym. Ciepło historii, duma specyficzna rozchodzi się powoli po umyśle. Coś doniosłego, wzruszenie wiruje dziwnie w trzewiach. Poczucie przynależności, wspólnoty przytrzymuje w ziemi lotne korzenie. I strach. Podołam? Mam nadzieję nie zawieść. Ale kiedy, choć z urodzenia spadkobierczyni, mam rozpatrywać siebie w kontekście rodziny? 

Inaczej ponoć nie da się, jednak oznaczałoby to brak jednoznacznych korzeni, lub rozsianie ich, nie tak daleko w sumie, jednak po skrajnych bardzo regionach wschodnich. Jedno miejsce z którego pochodzę. Jeden dom. 

Dom  jest tam, gdzie się czapkę wiesza. Dom jest we mnie, niezależnie od tego, gdzie będę? Wygodne. 

Jednak dzieciństwo zawsze ma swoje miejsce, swoje znaki, amulety. Bazy, kryjówki, placki ziemniaczane, lalka, książka i samochód. Czerstwy chleb z pastą kawiorową lekko wędzoną. Appa. Umiem zrobić kanapkę, jestem dorosła. Mogę już mieszkać sama. Na blacie, na oknie w kuchni przez udające dżunglę liście w doniczkach wyglądałam na ulicę. Indianka, wychylająca się z buszu by obserwować biegnące bawoły. 

Pali się, pali! Po chmurach na schodach, z pachnącego korkową okładziną nieba zbiegałam, po schodach pokrytych pianką, czym jeszcze gasi się pożary, proszę pana? Jak długi jest pana wąż? Jedna z ostatnich niewinnych pięciolatek, nie dostrzegałam dwuznaczności. Jak długi?!  Dużo ludzi tam było. Kamiennie? Kostka Bauma, beton, szaroniebieskie ściany pomalowane farbą olejną. Raniła łuszcząc się. Wbiła się pod paznokcie. 

Chcesz zabawkę? Szklany twór, przeźroczysto niebieski traci coś, co miało ponoć uchodzić za głowę. Ciekawe, czy oni jeszcze żyją. Starsza pani i starszy pan z naprzeciwka. Mieli psa? 

Idę, odchodzę skądś, idę. Zostawiam za sobą coś, co miało trwać wiecznie, a kończy się po kilku tygodniach, miesiącach. Odchodzę, nie oglądając się za siebie. Przelotne znajomości, w danej chwili widziane jako przedwieczne przyjaźnie. Czy to już ten wiek, kiedy ma się przyjaciół, mamo?

piątek, 13 lipca 2012

Sanktuarium żywej paranoi - cd

Idą po mnie. Kilkadziesiąt twardych kadłubków kołyszących się na cienkich odnóżach. Kilkadziesiąt Długich, sztywnych odnóży uderzających dźwięcznie o podłogę. W głowie, przeklęte niech będą, głosy nucą In the hall of the mountain king

Dzwoneczki, kołomyjka, buddyjskie wałki modlitewne i przyspieszające postukiwanie pajęczych odnóży obwieściły to, co nie możliwe: Wyszłam z siebie.
Stoję obok, przyglądam się uważnie stygnącemu z powagą ciału pająka, jakby jego słabnące ciepło było  odpowiedzią na pytanie: Dlaczego? Jakby zwłoki te miały powiedzieć mi, co dalej. Co potem? To znaczy: przedstawić obieg materii w naturze. Co potem? To, co kiedyś tworzyło pająka rozłoży się w ziemi              (pochowają go jak mniemam), i przyczyni się do rozwoju , w efekcie stanie się częścią rośliny, drzewa powiedzmy, jabłoni na przykład. Jabłoń urośnie, wyda owoce, ja zaś dnia pewnego na targu mniejszym lub większym mieście je kupię. Zatem cząstka zamordowanego prze zemnie niegdyś pająka stanie się cząstką mnie. Drzewo jest pająkiem, jabłko jest pająkiem. Jestem pająkiem. 
Wolę karaluchy. Nie zjem jabłka, mamo. 

Wyszłam z siebie, nie pewnie trzymając się na nogach, otumaniona jeszcze po tak gwałtowniej przemianie stanęłam u swojego boku by służyć sobie mieczem. Dawne ciało, przechodzące błyskawiczną i na pierwszy rzut oka niezauważalną metamorfozę oddałam we władanie twarzom, głosom.
"Na chwilę, to chwilowe" - Yhy. Wiem. Powinnam najpierw sama w to uwierzyć, nie?

Od ciosów miecza nieruchomieją kolejne dźwięczące odnóża, ich postukiwanie zastępuje odgłos uderzania drewnianym mieczykiem o podłogę. Owijają się wokół podrygujących konwulsyjnie czarnych kadłubków, tak, że w panującym półmroku trudno jest odróżnić w właśnie poległych wojowników od zalegających wszędzie muszych trupów pokrytych kurzem a nierzadko i skudłaconymi pajęczynami. Ilu było tu przede mną? Przed nami? Miast bronić się jedynie, nacieramy. Wyprowadzamy coraz bardziej gwałtowne szarże wgłąb czarnych szeregów. Uderzam na oślep, coraz częściej jednak mieczyk nie spotyka oporu, coraz częściej opada ze świstem  przecinając powietrze. Nadal bezmyślnie młócąc nim potykam się o martwe lub dogorywające pająki. - Nie połyskują.- usłyszałam. Stosy ciał, czarna hekatomba ku chwale cynamonowej Kali. To ja jestem jej kapłanką.

Zmrok zapadł już dawno, przez brudne szyby nie sączy się nawet ponure światło latarni. Szyby stały się ślepe i głębokie, jak tylko głębokie może być szkło nocą. Można utonąć. -Nie połyskują - doszedł do mnie własny głos ale jakby nie mój. Pusty, składający się z wielu innych, mimowolny. -Nie połyskują- powiedziałam. Leżąc wśród zwłok zaczęłam się śmiać najgłośniej jak potrafiłam. Drgawki wstrząsały moim ciałem a z gardła wydobywał się się nieprzerwanie przerażający, dziki śmiech. Niósł się po pokoju. Norze. Odbijał się od ścian i wysokiego sklepienia przypominających wnętrze katedry. 

Rozśpiewały się mury przedwieczne,  w ich takt falowały obrazy : 
- Nie połyskują- powiedziałam cicho i po raz ostatni. Jak echo powtórzyły za mną dochodzące z wnętrza mojego ciała głosy:   -Nie połyskują.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Sanktuarium żywej paranoi

Nie wierzę w swoje majaczenia dopóki nie stają się realistyczne, puki nie są prawdziwe.


Był wieczór, kiedy Jabol zaprowadził mnie w to miejsce. Spędziłam tam noc. Jedną, drugą, kolejną. Sama. Dziś rano, nie odnajdując zajęcia, pojawiłam się tam znowu. Przeszukałam wszystkie dziury wraz ze starym, burym kundlem, którego kiedyś wraz z Jabolem pozbawiliśmy ogona. Zwierzę i tak lgnęło do nas. Myślało pewnie, że mamy jedzenie. W końcu oboje cuchnęliśmy mięsem. 

Dzisiaj nie ma Jabola, zginął od tulipana wieki temu. Wcześniej jednak zdążył pokazać mi norę, gdzie urojenia okazały się być rzeczywistością.

Gumowa lalka o pluszowym torsie i szklanobrązowych oczach siedzi teraz na szczycie góry zbudowanej z książek i patrzy się na mnie przez kolorowe szkiełka. Jest wyjątkowo świeża w porównaniu ze stosami zgromadzonych tu myśli. Jest też ogromna i miękka. Pachnie cynamonem. Do tej pory uważałam, że to ja jestem duża, ona jednak jest prawdziwym monstrum, wyobrażenie jej przerasta możliwości okrojonego do minimum umysłu. Postać ta przytłacza mnie, stoję na dwóch wątłych jeszcze nogach w jej cieniu, gdzie pomimo panującego wokół gorąca marznę. Nie w pełni wykształcone kolana drżą, rozlany,oklapły tłuszcz faluje pod wpływem miarowych skurczów mięśni.
Nie ma jabola, nie ma kundla. pierwszy nie żyje, drugi gdzieś przepadł. Psia ich mać, i tak na niewiele by się zdali. 

Faluję zatem u stóp gumowej lalki o cynamonowej skórze. W cieple zapach jest bardziej intensywny. W cieple jego doświadczanie staje się pełniejsze, bo zamiast po prostu czuć woń, tonie się w niej, wchłania się ją rozszerzonymi do granic przyzwoitości porami skóry. Każda żywa komórka łaknie zapachu jak tlenu, którego jest on substytutem. 
Po moim ciele rozlewa się cynamon, obraz i kształt ciepłej, zimowej nocy, lodowy czepiec monstrum jakby sugestia nadchodzącej epoki, miękkie stopy, pachnące potem, i ziemią, i minionym czasem. Wnikają one w kolejne warstwy skóry, w naczynka krwionośne, w żyły niosące cynamon, i lód i spoconą ziemię do oczu, do  ust, do serca. Kołatanie przedsionków, zbyt dużo, zbyt nagle, zbyt na raz. Po kolei, czekajcie. 
Symfonia doznań ma swój płynny porządek. Ciepło płynnie przechodzące w lód, będące nim, koegzystujące w ziemi, jej miękkość, opadam, igiełki zimna ale jakby o smaku i zapachu czegoś innego, dalece bardziej niepoznanego nakłuwają niestrudzenie pogrążony w napojonej potem ziemi skomercjalizowany mięsień. Głębiej i głębiej, łaskocze, drażni,  boli, ale jakby przyjemnie, ej, przestańcie już, urwany oddech, nerwowy, muzyka nie chce przestać grać, narasta, głośniej, szybciej, więcej, więcej, więcej, głośniej. 
Płynna partytura wyschła, wyczerpała się. Skołatany, pokuty, ale jeszcze w pełni sprawny mięsień zamarł. Rezerwuar znów się napełnia, powoli, ale te krople wystarczają by ożywić dawny rytm. 

Z półrozwartych dziecięcych warg lalki wybiega, ledwo przeze mnie zauważony, mały, czarny pająk, za nim drugi i trzeci i kolejny. Zbiegają w dół, wciąż przekonane o swojej niewidzialności, o geniuszu prostego fortelu. Widzę je i tak. Zbiegają, spływają tworząc czarną stróżkę jakby zakrzepłej krwi na wargach i podbródku lalki, na niebieskim kołnierzyku jej sukienki, na białym, haftowanym fartuszku. Zjeżdżają na niewidocznych pajęczynach, czarne strugi pierwszej, miesięcznej krwi po wewnętrznej stronie dziewczęcych gumowych ud. Dorastasz kochana, w tym dniu zostałaś zawieszona w próżni. Przemądrzała mina dopasowana do umorusanej murzyńskiej buźki nie zatrzyma potoku czarnych pająków. Te, które już znalazły się na ziemi, jakby uświadomiły sobie, że je widzę, zwolniły, zaczęły się skradać. 

Trzewia ścisnął nagły spazm lęku: idą po mnie. To nie krew miesięczna, to armia zbawienia. Lalka jest ich boginią, przedziwną reinkarnacją Kali. 
 
A przecież Pani Matka ostrzegała: antykwariaty są niebezpieczne.

czwartek, 5 lipca 2012

Chemiczne noworodki

Ziemia - moje własne uniwersum szaleństwa. 


Owadzie ścierwa czekają na zbawienie prażąc się w lipcowym słońcu. Zmieniają się w popcorn. Też miałam tak skończyć. Na blaszanym parapecie oczekiwać białej gołębicy, która zwabiona zapachem prażonej kukurydzy porwie mnie i uniesie w przestworza. 
Ku chmurom, ku niebu, w stronę wirujących słońc.  Aby wejść w puste oczodoły nigdy nie poznanego Ojca Niebieskiego. 

Jestem nieśmiertelna, niezwyciężona. Nie zamienię się w prażynkę. Trzeba umieć umierać z fasonem, bo polimorfizm nie sprzyja zachowaniu godności. Zmienię się w piankę. 
Słodką, biało-różową, taką jak chmury wczoraj. Gęste, jak pańska skórka, miękkie, elastyczne. Ekstatyczne. Niemowlęce na tle błękitnego nieba. Straszne, niemowlęta przerażają, niezależne, niepoznane. Nie podobne. Pierwsze dni,miesiące życia toną w niestartych z podłogi wodach płodowych tworzących skorupkę na świadomości. 
Życie sprowadza się do planu wyznaczonego przez bardziej przystosowane jednostki: jedz, śpij, zamilcz, wydalaj. STOP. Same się  tego domagają. A później? Kiedy pojawia się piąty element, zabawa?

<< - Nie mów że Bozi nie ma, Bozia jest. - Nie ma. Gdzie jest.  - W niebie, o tam. - Nie ma. W niebie są chmury, i gwiazdy, i samoloty, karaluchy zamienione w pianki, i w ptaki, i w popcorn. - Kto Ci takich głupstw naopowiadał?  >>

Tylko po co o tym myśleć, to wspominać? I tak nie ma tam nic więcej, prócz smaku matczynego mleka i zapachu tablicy korkowej i krochmalu.

Po co babrać się w zatęchłym szlamie późniejszej pamięci? 
Aby znaleźć źródło perwersyjnej uciechy w kąpieli we krwi zdeptanych mrówek? 
Ale o to być może idzie. Oddychanie ma odczyn zasadowy. Kwas neutralizuje zasadę. 
Kąpiel w własnym kwasie, w kwasie mrówek i każdego zamordowanego owada  zmieni oddychanie w sól. 

Oddech solą w oczach umarłych, solą ziemi głupców. Ziemia. Moje własne uniwersum szaleństwa. 


niedziela, 1 lipca 2012

Oddzielna cząstka treści poza kopułą obrazu

Umiem pisać


Paraliż powoli ustępuje. Nabyty przez przypadkową niekonsekwencję Gepetta złamany kręgosłup nie tyle zrasta się, co wykrusza, ustępuje miejsca nowemu. Dokonuję samostworzenia, buduję siebie od podstaw, po wgnieceniu w ziemię przez przeciążenia występujące w trakcie lotów kosmicznych . 

Generał Hermaszewski patrzył na mnie. Miał przestrzeń w oczach, pokazywał mi z ojcowskim uśmiechem wylatujące  z gniazd gwiazdowych, gazdowskich, swojskich stancji przy drodze mlecznej potomstwo pierwszych osadników, dobry duch cywilizacji, prekursor ziemskiego imperium kosmicznego.  

Czynnik ludzki obecny w świadomości każdego stworzenia, każdego organizmu. Bardziej niż karalucha pozbawionego chityny i kręgosłupa  przypominam zdeformowane, tysiącletnie, zalane tłuszczem zwłoki o powykręcanych kończynach. Filigranowe, kunsztownie zdobione formacje kostne wynurzające się z  rozwijającej się wciąż masy komórek tłuszczowych są co najmniej nie odpowiednie w tym miejscu, jednak wydają się pasować, jako swoista art brut mojego ciała, prawdziwa, niezafałszowana, piękna i tak inna.  Usztywniona obawą zniszczenia którejś z tych konstrukcji siedzę prosto. Cicho. Poważnie. Mam dłonie, nadgarstki, przeciwstawny kciuk i sprawne palce tak odmienne od karaluszych zakończeń kończyn. Utrzymuję już w dłoni ołówek. 

"nie mogę być jednocześnie twórcą i tworzywem." 

Mogę. Byś sobie sterem i okrętem, Bogiem i Kościołem.  

Na papierze stawiam coraz to więcej znaków. Koślawe, drżące i niepewne, pod wpływem surowego spojrzenia prostują się, czyniąc idealne prawie rzędy. Pilnują kolejności. Słowa słowa słowa, jak rzekł kiedyś pewien duński książę. Słowa w szeregu, w rzędzie ustawione w szachownicę, spiralę. Pozbawione treści, dobro czysto graficzne. Są głównym kryterium pozwalającym nazwać jednostkę plemienną/państwową cywilizowaną. 

Cywilizacyjne horror vacui nie pozostawia mi miejsca na rozwój, na rośnięcie. Nie jest ono jednak możliwe poza nim, jestem jego częścią, integralnym elementem większej całości, nie ważne jak brudnej i jak plugawej. Wspólnoty ludzi pierwszych, niedostworzonych, kształtujących się samotnie, samoistnie, w obłędzie perfekcyjnego idealizmu. 

czwartek, 28 czerwca 2012

Auć

 Ładny finał


Złamałam kręgosłup. Nie trudne w sumie jeżeli utrzymuje on dziewięćdziesiąt procent masy ciała. Reszta utrzymuje się sama. 

Wszystko utrzymuje się samo we mnie i prze do przodu siłą rozpędu. Zasada zachowania pędu bodajże.
Zatem kości te nie są, nie były tak potrzebne, tak niezbędne. Odłamki zalegają i wpijają się w narządy wewnętrzne. 

Potrzebny dobry chirurg. Od zaraz.

Ale to odłamki. A co zrobić z poszczególnymi kręgami? Najważniejszy jest atlas, później obrotnik. Oba zgubiłam. Ma ktoś na stanie po jednym zbędnym? z chęcią odkupię/pożyczę/przywłaszczę sobie, cokolwiek, byle mieć. Posiadać atlas i obrotnik. Jeśli macie, piszcie w komentarzach. Naprawdę chętnie przyjmę. A jak znajdę własne to je oddam. Pan Doktor doradzi, co uczynić.

I tak jest pięknie. Delikatnie, miejsca wyglądają na niedokończone, niegotowe. Percepcja przewodzi przez grube bardzo szkło rozszczepione przezeń światło, ziemia jest w szklanej kulce, takiej kolorowej. Cukierki. Papu. W sumie smaczne, zimne jeno. Kolorowy grad obija się o osnowę rzeczywistości, o szkło, dźwięczy składnie mrucząc i grając moją własną deszczową piosenkę, specjalnie dla mnie modulującą zrodzone przez pryzmat trakty z wirującym nieustannie kurzem. 



Ładnie tu.
Ładnie tu u Pana.
Niby zima,
a słońce mocno pełznie.
Ładnie tu.
Ładnie tu u Pana.
Coraz jaśniej coraz boleśniej

Ładny dzień,
żebym spacerowała.
Ładne światło,
bym ciebie lepiej widział.
Ładny dzień
nam dzisiaj Bozia dała.
Ładny finał. 

          .
          .
          .
          .
          .
          .
          .
          .
  
Ładny finał.






poniedziałek, 25 czerwca 2012

Imponderabilia.

"Jak brzytwą masło, tak przetnie mózg;
Jak kamień w wodę - cicho: plusk... "

Grymas, gest lub ich brak, tembr głosu, sposób jedzenia, niespecyficzny chód. Rozbłysk słońca w soczewce oka, fałdka wylewająca się zgrabnie i zwracająca uwagę na w sumie przyjemne kształty,  zapach.  Tego nie ma.

Jest słowo, ostateczne, stanowiące o wszystkim, nie świadczące o niczym, bez odpowiednich ust niczego nie warte. 

Jest myśl, nieobecna i płocha tym samym mało ważna i, biorąc rzecz en masse, nie potrzebna. 

Jest smak. Żelaza, słodkawy, mdły, mgławy smak powolnego rozkładu organizmu na bagnach. Natarczywy, niezłomny. W gruncie rzeczy wszystko i tak smakuje jak popiół. Jadłaś kiedyś popiół? Jem kamienie. Mają smak zębów.

Rozrastam się wciąż, jest mnie więcej. Coraz więcej. Braknie ograniczającej chityny, krępującej wybujałe przy okazji tycia ego. Zabawne, że małe robaki maja chude odnóża i rozbudowane bardzo, wciśnięte między dwie blaszki ciało. A kiedy nie ma blaszek? Ciało rozlewa się, a odnóża nikną przygniecione przez zbyt ekspansywne komórki tłuszczowe. Niezauważalnie, metodycznie, kompleksowo.

Z mojej czaszki Indianie ściągnęli stalowy skalp. Posiada go wódz, jego squaw robi na nim rano jajecznicę dla całej wioski. Ponoć nic tak nie smakuje jak jajecznica z odrobiną zakrzepłej rdzy. 
Chmury tak białe, tak różowe, tak niebieskie. Swobodnie płyną przez perforacje. Pusto w płytkiej głowie. Wyparowały pragnienia wraz z resztkami rozsądku. Różowe chmurki odpowiadają teraz za kontakty między ludzkie, białe za pamięć, a niebieskie ... . Jak wata cukrowa. Niebieskich nie ma. Jagody stukają o porcelanowe ścianki. Białe dotychczas naznaczone zostały filetowymi plamami. Prawie jak krew, której nie mam.



sobota, 23 czerwca 2012

Burza

Jest niebiesko biało miętowo.



Iskrzy. Grzmoci. Łomocze, łopocze. Sroży się i stroszy sierść piorunów. Czają się, wypłoszone z boru ślepawe, zjesieniałe zmrocza, zamoknięte, zastraszone. Przewodzące.
A za nimi, w pogoni, jak Egipcjanie goniący Żydów przez pustynię, przez Morze Czerwone, przez kultury, cywilizacje i poświęcenia, krople deszczu przebijają się przez chmury, przez gwiazdy, przez błota i muły podzamcza niebiańskiego.
 Mam niebo na ścianach, dziewcze zza szyby ma niebo na włosach. Kim mi jesteś, czym mi jesteś - dziewczynko na ptaki rozmnożona? Tragicznie pernamentnie martwy poeto, kim ci jestem? kim mi jesteś? Ja wiem. Te znaki - pół kicz a pół żałość.
 I z żałości wyciekaja słowa, zdania, blogi. Jak ssanie srebrnej łyżeczki w czasie przeziębienia. albo przegryziony język i natarczywy smak żelaza. Słowa plasterkiem? Guzik. Z pętelką. Aby już nie mówić.

Wracając zaś do piorunów, machają ogonami. Kulą się zupełnie jak ja kilka dni temu. Nawet więcej podejrzewam niż kilka. Kuliste. Może karaluchy, które sie bardzo długo kuliły poprzez akumulację energii oraz tarcie stały się piorunami? 
Pioruny kuliste machają ogonami. łaszą się i tańczą przede mną. Padnij. Obtocz się w ziemi. Weź łopatę i się zakop. Umrzyj.
Przez deszcz szemrze prąd w moim pokoju. Szepce. Odbija się w lustrze sprawiając że ściany spływają miętową w smaku maziają. Lustro potęguje i zapętla myśli które nakładają się na siebie tworząc coraz to nowe wzory. Secoure pour melange. Może będą inne. Mais bien que nous allons le melange ils vont etre comme maintemant. Comme a ce moment - la.

Jako dziewczynka rozkręciłam kalejdoskop. Doszłam do senda i zjadłam szkiełka. Landrynki smakowały inaczej mamo. 

mamo...









wtorek, 19 czerwca 2012

Za wcześnie

Dawno, dawno nie pisałam  bo i motywacji i czasu i sił braknie.


 Lejący się żar z nieba skutecznie roztapia i tak płynne już ciało. W sumie pancerzyk przydał by się, lecz go nie ma. Za bardzo chciałam go nie mieć żeby teraz chcieć go z powrotem. Ale chyba pragnienie jego zrzucenia było celem samym w sobie, osiągnięcie tego wyprowadzonego logicznie z gmatwaniny supełkowatych irracjonalności celu okazało się martwić bardziej niż cieszyć i dawać poczucie wolności. Przytłoczył, przygniótł wręcz do ziemi brak ograniczeń, ram stworzony z braku chityny. Za wcześnie? 
Kręgosłupa braknie, wewnętrznego pancerza, przytrzymującego w pionie tłuszcz a nie formującego go w w sumie dowolny kształt. Można i bez niego istnieć, piąć się, rozgałęziać. Stwórca drzewom nie wymyślił piekła. Tak Panie Świetlicki. Dlatego mają korę, drewniany substytut chityny. Wystarczy istnieć, myśleć, dążyć.

Karalusze piekło jest ciemne, ciemne, ciemne. I zimne zimne zimne. Jest domem i zimnem i ciemnością wszechogarniającą chłodem wszechrzeczy i wszech powszechne myśli wszechstronnie zastałe, nieruchome.
 
It's a mad mad bloody house, jak rzekł dnia pewnego mój braciszek majacząc w gorączce. Tak. Mad, mad & bloody. Szalony, szalony, krwią ociekający, krwią zmyty, krwią żywiący się i dzięki niej istniejący. Dziś daniną była chityna. Panta rei? Panta katarreoun.

wtorek, 12 czerwca 2012

Światło

Aha.

Bo  dziś jest poniedziałek. To w sumie wiele zmienia. Fajnie dowiadywać się o tym wieczorem, u schyłku, ale w sumie pozwoliło mi przeżyć dzień bez uprzedzeń. Poweekendowa aktywność karaluchów w sumie jest podobna do ich aktywności w każdy inny dzień tygodnia, te słowa tak gwoli informacji dla niewtajemniczonych w arkana znawstwa codzienności karaluszej.

Mleko, zanieczyszczone, przerodziło się w budyń. Jest gęstsze, bardziej sycące. Rosnę szybciej, niedługo przerosnę najwyższy z pleśniowych krzaczków z mojego ogrodu. Potem zacznę tyć, teraz jeszcze jestem w miarę szczupła, nawet jak na karalucha. Jak na plugawego robala. Ale już nie długo. Pancerzyk kruszy się, bo jestem coraz większa. Wcale nie przepoczwarzam się, po prostu rosnę. Ale już nie długo. Coś w końcu musi się zdarzyć. Nie może być tak że to wszystko bez powodu. To całe picie mleka, jedzenie, kulenie się i rozkulanie, ten cały kosmos na moim pancerzyku. To nie może być tylko po to bym urosła. Musi być jakiś powód. Muszę zmienić postać. Muszę bo chcę.

Rzeczywistość o  odczynie kwasowym zmieniła czerwcowe światło w denaturat przelewający się z trudem przez chmury. Dlaczego rzeczy nim zalane są prawdziwsze? Dni, kiedy denaturat, taki fioletowy, cieknie gęstym wysiłkiem są pełniejsze, bardziej mięsiste, miąższem ich jest nasza w nie wiara. Są ciężkie, bo prawda jest ciężka. I nie mogę się łudzić że objawi się po polaniu czystym spirytusem, bo jest brudna. Podobne rozpuszcza sie w podobnym. Spita trupia główka profesora takoż rzecze. I nie może być inaczej. Rzeczywistość jest brudna, kwas nieczystości, cytrusy. Grejpfrut narzędziem szatana? Czemu nie w sumie. Skoro możliwe są pancerne brzozy. One też roztopią się pod wpływem denaturatu. One też są brudne. Czystość nie istnieje, w XXI wieku nie ma już mentalnych dziewic, niewinnych, delikatnych, skromnych. Nie ma. Denaturat zmieni naturę rzeczy, rozpuści zastygły kwas, odsłoni pierwotne formy. I ukarze się nam prawda, zanieczyszczona, brudna, lecz bliższa pierwotnym substancją. Majaczenia zyskają sens. Chociaż nie moje, im już nic nie pomoże. Dzisiaj było takie światło. Nie mam pancerzyka. Denaturat odkrył postać, pozbawione pęt chityny ciało może się zatem spokojnie rozrastać. Amorficzna zbieranina komórek tłuszczowych. Rozpełznę się, rozpłynę i dam początek nowemu pokoleniu karaluchów wypełzających z moich przerośniętych trzewi.

piątek, 8 czerwca 2012

Mleko

Pancerzyk kruszy się.


Więcej mleka. Mleko. Mleko. Mleko. Kwaśne. Zsiadłe. Z ziemniakami. Smak lata, dzieciństwa i babci. U niej też było sporo karaluchów. W ogóle sporo robactwa. Wieś. Krowy, muchy, słoma. Wakacje słowem. Nie u babci. U ciotki. Pies. Zawsze uwięziony, w nocy nie można było wyjść na dwór, trzeba było sprawdzać, gdzie aktualnie jest i czy można otworzyć drzwi do domu. Trochę jak w Bestiarium. Nawet postać Remy się zgadza. W sumie. Tylko pointa inna. To zwierze zginęło, pod kołami maszyny jakiejś chyba. Alternatywny bieg historii. I to się zdarza. Chociaż wolę jego wersję. Wymiotuję królika. Raz na jakiś czas. Nie codziennie, co to to nie, nie myślcie sobie proszę że jestem jakąś zwierzęcą bulimiczką czy coś! Nie. Króliki pojawiają się rzadko, nie chcę ich w sumie. Ale dość. Podawać się za bohatera Listu do znajomej w Paryżu nie chcę. Jest to moje ulubione opowiadanie Cortazara i jednocześnie najciekawszy jak dotąd utwór prozatorski literatury iberoamerykańskiej.

Pancerzyk kruszy się. Proces przepoczwarzania się rozpoczął się zatem. Księżycowa jego powierzchnia zyskuje nowe rysy, załamania, wzory. Wygląda jak Mars już raczej. Nawet brunatnoczerwona. I ciemno za oknem i pada. deszcz. Dotknąć deszczu by stwierdzić ze pada nie deszcz tylko pył z księżyca spada. Już Wojaczek przewidział moje przeobrażanie się. Czym się stanę? Rosnę. To przez mleko. Ale teraz, kiedy i tak nie mam gdzie się schować piję go więcej. Naprawdę chcę urosnąć. Co jest większe od słonia? Będę ja. Nowy twór? nie. być zwyczajną, zwykłą, normalną. Jak Przeciętniak, kaczka Ester. nie. Niesmak wywołany seansem oddala ode mnie tę wizję. Grozę wtopienia się w ściany. A ściany mają uszy i oczy i ręce. A ściany mają serca i poglądy jakieś możne również. Może na pewno. Panie poruczniku, proszę nie podsłuchiwać.

czwartek, 7 czerwca 2012

Legenda o końcu świata

Stworzenie osłonięte chitynowym pancerzykiem, ogromny, przerażony insekt przez podmuch odkurzacza czy inne zawirowanie powietrza w pomieszczeniu rzucony w przestrzeń. Pustą, drewnianą, straszną. Bo brak dziur dostatecznie dużych, gotowych go pomieścić kryjówek. Tak to jest, kiedy pije się za dużo mleka. To musi wyglądać żałośnie. Przerośnięty obrzydliwy stwór, który kuli się, usiłuje schować się w sobie, tak ścisnąć atomy ciała, tak zagęścić cząsteczki aby stać się jak najmniejszym, jak najmniej widocznym. Poprzez kompensację wybuchnąć, zniknąć. Skulić się, skulić... pufff! I nie ma. Sufit przecieka, rzeczywistość o odczynie bardzo kwasowym jak stara farba łuszczy się i odpada,  wytapia w chitynowym pancerzyku kratery jak na księżycu. Zatem kosmos spada nam na głowę w postaci skrzywdzonych karaluchów. Majaczą składniej, kiedy je poparzyć. Kulą się, nie ma to sensu. I tak się rozkulą. I tak przetrwają. Nawet katastrofę nuklearną. Ich pancerzyk jest miękki i ciepły, ale parzy, pali wtapiając się w kark. Kwas. Kap. Kap. Kap. Syczy i dymi. Karaluchy tańczą tańczą tańczą. Wszystkie boże dzieci tańczą. Tylko one przeżyją koniec świata. Tylko ja.  Jest takich więcej? Odezwijcie się bracia. Boży zakonie poparzonych. Przyszła wiosna, lato. Jest ciepło, słonecznie. Błękitno-słonecznie jest tonąć w spirytusie czerwcowego światła. Nuklearnej zagłady. Szaro-pochmurnie jest pławić się w dymach energii atomowej. Fluorescencyjnie. Karaluchy, które przetrwają będą zielone. I będą świeciły. Jak pochodnie.  I od nowa stworzą ziemię. Po końcu świata czcić będą wielkiego, zielonego karalucha miast watykańskiego złotego cielca. I dadzą początek nowej cywilizacji. Ciemiężeni i pogardzeni wyjdą z cienia, na gruzach znienawidzonej potęgi zbudują swoją. Nie od nowa. Urazy krzywdzonych, zasklepione odżyją, gruzy domagać będą się sprawiedliwości. Tworzą one pewne kontinuum czasoprzestrzenne, niezniszczalne, odporne na słowa wybuchy i katastrofy. Na karaluchy i fluorescencję. Nastąpi kolejna katastrofa, pozstanie dawna potęga głodna żądna zemsty. Ale w między czasie sporo wieszczów samozwańczych, obłudnych zbawców, karaluszych fałszywych czy też i prawdziwych posłańców tego samego, dawno zmarłego Boga pisać będzie księgi i przekazywać pokoleniom insektów legendy, tak samo bezsensowne jak ta i tak samo prawdziwe. 

Kulę się, kulę, dziewczę przebrane za słonia. Trochę z uszu wystają mi czułki, ale nawet udane to przebranie, mało kto pozna, że ma przed sobą polimorfa. Chociaż skrawki kwasowej rzeczywistości nadszarpnęły istotnie pancerzyk, wciąż obecny, pod warstwą skóry i błota i tłuszczu. W kondycji znośnej, jeśli idzie o świadomość.

wtorek, 5 czerwca 2012

Witajcie

jeżeli ktoś postanowi to przeczytać.


W sumie jest to moja dziewicza notka i uznałam że muszę jakoś rozpocząć. Jeśli moje 2 zdania wystarczająco przeraziły Was nieposzanowaniem składni i w ogóle języka polskiego, nadętą grafomanią, czymkolwiek - nie czytajcie. Później będzie gorzej.

Jeśli idzie zaś o tych, którzy zdecydują się jednak zostać, to chapeux bas, jesteście wytrwali.
 Nie mam pojęcia skąd wziął się u mnie aż tak rozbudowany ekshibicjonizm , którego najnowszym wykwitem jest tenże blog. Nie wiem. 

J'etais le cafard. Może wciąż jestem? I poprzez zdeptanie godności i załamanie prywatności chcę się z tę postać opuścić? Ale wciąż będę organizmem polimorficznym, zatem w pewnej części karaluchem również. Jak osiągnąć postać człowieka? Pij mleko, będziesz wielki. Zatem urosnę, a ponieważ ogromny karaluch psułby ład społeczny oraz równowagę materii zaburzałby poprzez naciski natury ożywionej jak i tej martwej lub nie pełzającej nigdy stanę się człowiekiem? Słonie też są duże. Mogę być słoniem.