Piszesz to wszystko, a mi już ścierpły palce.
Ściany porośnięte biedronkami, szemrzący duch pokoleń. Powietrze drży, muszki? Świat rozpada się na tysiące małych ziarenek piasku. Drży obraz, kiedy wizja spada na głowę. Czy możliwe jest życie po spełnieniu nieba?
Leć do nieba leć do nieba, nic nam więcej już nie trzeba. Nie mamy chleba, kamienica zbudowana jest z pianek. Białobezowe balkony kruszeją, pył z rozłamań nacukrza rzekę bzdur. Biedronki rodzą nadzienia. Gładka politura budynku, czekoladowe murale, cypryjskie drzewa jak z obrazka z dalekich krajów. Księżniczka z marcepanu.
Jedyna prosta, stała i niejadalna. Twarda czarna oś, idealnie gładka, wytrzymała, przyczyna i konsekwencja istnienia ulicy.
Ludzie. Nie ma. Są, przechodzą, mijają, nie patrzą, nie czują, nie smakują. Bezowobiałe balkony nacukrzają ślinę ściekającą mi po podbródku. Biedronki rodzą nadzienia. Nieobecność rodzi byty urojone.
Szare, zsiniałe twarze, chmurne jak niebo dzisiaj. Wtedy, bo relacja nie przekazywana jest na bierząco.
Jak Wisła, której nie ma. Zostały śmieci i szlam i trupy ofiar historii. Kamienie i drewna. I butelki. Bardzo dużo szkła. Tu obok, butelki. Tam niżej, butelki. I w Wiśle - butelki. Kamień węgielny cukierkowych domów - butelki. Wódka konsoliduje wiązania międzywymiarowe. Scukrza zatargi.
O, wybudujcie domy, jasne, wielkie domy.
Domy formą krystaliczną ludzkiej nienawiści? Kto powiedział, ze nienawiść nie jest klarowna?
Wypełza. Spomiędzy cegieł, przez betonowe bloki wypełnione słodzonym powietrzem. Błękitna farba, trujący jad spojrzenia. Niebieski świeci, szary fosforyzuje. W nocy, z satelity obserwować można niebiańską wstęgę Nowolipek.
"Ty pójdziesz z nim, o, tamtem. Na noc, dam Cie te rower. - Pan Gołąb chowa obrazy. - No idź że no prosze! - Nam ja Ci te rower, pogadaj z nim. Nie? Do widzenia, a ile? ile? Sto zloty dla ciebie, sto. jakbym Cie nie lubił było by więcej. No już, zmykaj."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz