Czarna dziura wciąga nas powoli do środka
Czarna New Era, czarne Nike'i, czarna Nokia
Uciekam, byle dalej, byle w górę, byle wyżej, w stronę słońca. W stronę ciężkiego purpurowego nieba i samolotów zamiast gwiazd. Samolotów wydających dźwięki. Ciężaru chmur przypominających krem maślany i w stronę powietrza. Świeżego, rześkiego powietrza drgającego od spalin i pyłu miasta.
W stronę niebywale ostrej porannej percepcji. Perfidnie trzeźwej. I zaskakująco nieomylnej. Bolesnej? Po miękkiej nocy promienie świadomości bolą, a jakże. Wwiercają się w mózg i drążą dawno zamknięte tematy, o których istnieniu nie wiedziałam lub nie chciałam wiedzieć. Drążą dalej, do kości, do szpiku, do dna.
Świta. Okno, parapet, dachówki. Błyszczą, mokre i zimne.
Powietrze wyjątkowo czyste, przejrzyste i ostre jak żyletka. Już samo jego wspomnienie winno być zdolne rozcinać niebo.
Dzień jak co dzień, poranek jak każdy inny. Raz deszcz. Raz śnieg. Czasem trochę słońca.
Mgły, ostatki babiego lata osnuły przestrzeń w okół mnie, nie wyjdę już stąd. Nie wyjdę, bo jest za ładnie. Tak miękko i lekko i prosto. Tak. Wszystko jest takie łatwe. Wystarczy nie niszczyć pajęczyn. Wystarczy sprzyjać pająkom. i nie przerywać nici. Leżeć i być, rosnąć, piąć się, rozgałęziać. Stwórca drzewom nie wymyślił piekła.
Pamiętaj, nigdy nie przerywaj nici.
W czterech ścianach
wiatr nie wieje
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz