Sztuką jest to, co wieczne.
Co przetrwa w próbę czasu?
Srebro w próbie 925.
Dziewięćset dwadzieścia pięć części srebra na tysiąc możliwych.
Te siedemdziesiąt pięć to tak między wierszami, tam gdzie klejone były strony, tam zostały jeszcze w zaschniętej gumie odciśnięte linie papilarne introligatora i pył który tego dnia miał na rękach. W zagłębieniach tego śladu od dnia jego zostawienia gromadził się kurz, szczątki naskórka, odchody roztoczy i genom każdego, kto miał styczność ze spoiwem. Taki wehikuł czasu trochę, biologiczna reminiscencja najdawniejszych przodków. Język białka, najprostsza forma komunikacji, zaszyfrowany i zapętlony pobrzmiewa w każdym zdaniu, w dowolnym języku.
Te siedemdziesiąt pięć części to łączenia, to spacje, to wszystkie wylewane żale za pomocą liter, to treść właśnie wszystkiego. Dziewięćset dwadzieścia pięć znaków alfabetu kompilowanych w słowa i mieszających się w zdaniach. Mowa jest srebrem, srebro jest mową. Jubiler literatem, literat złotnikiem. Stary mistrz polonistą. Czasy i ludzie się zmieniają, kruszce kruszeją, proporcja pomimo różnych wartości pozostaje, zawsze ma tyle samo sensu co zawsze. Codziennie przelewa się po prostu z jednej komory w drugą, z drugiej w trzecią i tak w koło te same znaczenia, usprawiedliwienia i wymówki. Byłam u lekarza, naprawdę nie mogłam. C'est pas moi, c'est les autres do końca konieczności a potem już nie. To ja nie żyję nie oni, Ci stojący teraz nade mną i studiujący woskową strukturę twarzy jakby niezdrowy jej kolor miał dać poznanie o tym, co z drugiej strony.
czwartek, 18 kwietnia 2013
środa, 10 kwietnia 2013
nie ma tytułu, nie będzie
Medium jest język, barwnikiem wizja a spoiwem mimika.
Nie widząc, nie słysząc siebie łatwiej jest się porozumieć, widać jednie to, co istotne. Tylko proszek, ekstrakt z czegoś. Tylko dotyk, nieskomplikowana gramatyka włosków stających dęba na karku. Leksyka, jesteśmy niejednolici, piegowata twarz dziewczyny spalonej słońcem i rumieńcem.
Język jedynie rozcieńcza rzeczywistość, trochę jak na prześwietlonym zdjęciu. I tak jest ładnie przecież, jesteś piękna, jak zawsze.
Jak teraz. Tylko bardziej bo właśnie spala się lato. Mojry zmieniają właśnie przędzę a my pierwszy raz mamy szansę na nieśmiertelność. Powiązane snopki wyrastają z gładkiej powierzchni, indiańskie domki, tańczący z kretami. Słoma, pozostała jeszcze na polu kaleczy bose stopy, kim jest ten chłopiec, tam?Tam coś jest, ty już wiesz i ja też, wieczność właśnie dobiegła końca. Kiedy upadniesz, nikt już ci nie pomoże. Za bardzo tęsknię za tobą teraz, byś mogła tu wrócić później. Kiedy już legniesz na ziemi i piasek w oku doprowadzi cię do spazmów i dotknę cię, już to ćwiczyliśmy tyle razy, dotknę cię po raz pierwszy naprawdę, włosy twoje wtopią się w podłoże, zapuszczą korzenie, nawet nie zauważysz. Paznokcie zdrewnieją, stawy skamienieją, staniesz się pomnikiem przyrody, co to zapada się w głąb i w głąb i dalej. Wnikniesz w ziemię, Eurydyko i nikt po ciebie nie wróci i nawet pocałunek ukochanego nie zdoła odczynić uroku.
Nie widząc, nie słysząc siebie łatwiej jest się porozumieć, widać jednie to, co istotne. Tylko proszek, ekstrakt z czegoś. Tylko dotyk, nieskomplikowana gramatyka włosków stających dęba na karku. Leksyka, jesteśmy niejednolici, piegowata twarz dziewczyny spalonej słońcem i rumieńcem.
Język jedynie rozcieńcza rzeczywistość, trochę jak na prześwietlonym zdjęciu. I tak jest ładnie przecież, jesteś piękna, jak zawsze.
Jak teraz. Tylko bardziej bo właśnie spala się lato. Mojry zmieniają właśnie przędzę a my pierwszy raz mamy szansę na nieśmiertelność. Powiązane snopki wyrastają z gładkiej powierzchni, indiańskie domki, tańczący z kretami. Słoma, pozostała jeszcze na polu kaleczy bose stopy, kim jest ten chłopiec, tam?Tam coś jest, ty już wiesz i ja też, wieczność właśnie dobiegła końca. Kiedy upadniesz, nikt już ci nie pomoże. Za bardzo tęsknię za tobą teraz, byś mogła tu wrócić później. Kiedy już legniesz na ziemi i piasek w oku doprowadzi cię do spazmów i dotknę cię, już to ćwiczyliśmy tyle razy, dotknę cię po raz pierwszy naprawdę, włosy twoje wtopią się w podłoże, zapuszczą korzenie, nawet nie zauważysz. Paznokcie zdrewnieją, stawy skamienieją, staniesz się pomnikiem przyrody, co to zapada się w głąb i w głąb i dalej. Wnikniesz w ziemię, Eurydyko i nikt po ciebie nie wróci i nawet pocałunek ukochanego nie zdoła odczynić uroku.
czwartek, 4 kwietnia 2013
Taka sytuacja
Śnieg miesza pole z niebem, smugi piasku na dole i te rude chmur podświetlanych zachodem tożsame przechodzą jedna w drugą. Drzewa wbite koronami w ziemie, kilka domów o fundamentach w niebie daleko daleko, jedyne, co wyznacza pion i jako taki horyzont to nogi saren na polach, dawno już w planach przeoranych i obsianych.
Potencjalny chleb na stole kaleczy twardą świeżością podniebienie, ty wiesz, że ta Jóźka, co to chodziłaś do niej po mleko kiedyś, no taa, to już straciła życie? Już nie żyje, o, dali na doktora, to przyszedł, popatrzył i powiedział, że ona nie żyje, a myśmy nie poznali, że umarła. A na co, na co, a kto to wie? Nawet doktór nie powiedział, zabrał walizkę i poszedł do krów badać.
Całkiem realny spirytus na stole dezynfekuje powietrze w środku, za ścianą to samo robi mróz. Stypa dłuży się okropnie, powieki kleją się do siebie nawzajem, rozmowa nie klei się wcale, do lepkich cerat przyklejają się kieliszki i ręce niezdolne już ich podnosić. Za drzwiami język przymarza do asfaltu, kopyta lodowacieją w piachu, ogon zaś grzęźnie w półpłynnym powietrzu. Na stole butelka, kilka szklanek, ciasta. Kelnerki w japonkach potykają się o krzesła i gości, nie bardziej żywych niż ta, za której zdrowie piją. Mazurek topnieje pod wpływem ciepła wytwarzanego przez piecyk elektryczny, czekolada i sernik spływają do rzeki, cioteczka się modli a pies kurant wydzwania co kwadrans melodię tubalną i urywa w gdzieś w pod koniec, za wcześnie jak na psa i wciąż za późno by uchronić zebranych przed pogromem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)