czwartek, 28 czerwca 2012

Auć

 Ładny finał


Złamałam kręgosłup. Nie trudne w sumie jeżeli utrzymuje on dziewięćdziesiąt procent masy ciała. Reszta utrzymuje się sama. 

Wszystko utrzymuje się samo we mnie i prze do przodu siłą rozpędu. Zasada zachowania pędu bodajże.
Zatem kości te nie są, nie były tak potrzebne, tak niezbędne. Odłamki zalegają i wpijają się w narządy wewnętrzne. 

Potrzebny dobry chirurg. Od zaraz.

Ale to odłamki. A co zrobić z poszczególnymi kręgami? Najważniejszy jest atlas, później obrotnik. Oba zgubiłam. Ma ktoś na stanie po jednym zbędnym? z chęcią odkupię/pożyczę/przywłaszczę sobie, cokolwiek, byle mieć. Posiadać atlas i obrotnik. Jeśli macie, piszcie w komentarzach. Naprawdę chętnie przyjmę. A jak znajdę własne to je oddam. Pan Doktor doradzi, co uczynić.

I tak jest pięknie. Delikatnie, miejsca wyglądają na niedokończone, niegotowe. Percepcja przewodzi przez grube bardzo szkło rozszczepione przezeń światło, ziemia jest w szklanej kulce, takiej kolorowej. Cukierki. Papu. W sumie smaczne, zimne jeno. Kolorowy grad obija się o osnowę rzeczywistości, o szkło, dźwięczy składnie mrucząc i grając moją własną deszczową piosenkę, specjalnie dla mnie modulującą zrodzone przez pryzmat trakty z wirującym nieustannie kurzem. 



Ładnie tu.
Ładnie tu u Pana.
Niby zima,
a słońce mocno pełznie.
Ładnie tu.
Ładnie tu u Pana.
Coraz jaśniej coraz boleśniej

Ładny dzień,
żebym spacerowała.
Ładne światło,
bym ciebie lepiej widział.
Ładny dzień
nam dzisiaj Bozia dała.
Ładny finał. 

          .
          .
          .
          .
          .
          .
          .
          .
  
Ładny finał.






poniedziałek, 25 czerwca 2012

Imponderabilia.

"Jak brzytwą masło, tak przetnie mózg;
Jak kamień w wodę - cicho: plusk... "

Grymas, gest lub ich brak, tembr głosu, sposób jedzenia, niespecyficzny chód. Rozbłysk słońca w soczewce oka, fałdka wylewająca się zgrabnie i zwracająca uwagę na w sumie przyjemne kształty,  zapach.  Tego nie ma.

Jest słowo, ostateczne, stanowiące o wszystkim, nie świadczące o niczym, bez odpowiednich ust niczego nie warte. 

Jest myśl, nieobecna i płocha tym samym mało ważna i, biorąc rzecz en masse, nie potrzebna. 

Jest smak. Żelaza, słodkawy, mdły, mgławy smak powolnego rozkładu organizmu na bagnach. Natarczywy, niezłomny. W gruncie rzeczy wszystko i tak smakuje jak popiół. Jadłaś kiedyś popiół? Jem kamienie. Mają smak zębów.

Rozrastam się wciąż, jest mnie więcej. Coraz więcej. Braknie ograniczającej chityny, krępującej wybujałe przy okazji tycia ego. Zabawne, że małe robaki maja chude odnóża i rozbudowane bardzo, wciśnięte między dwie blaszki ciało. A kiedy nie ma blaszek? Ciało rozlewa się, a odnóża nikną przygniecione przez zbyt ekspansywne komórki tłuszczowe. Niezauważalnie, metodycznie, kompleksowo.

Z mojej czaszki Indianie ściągnęli stalowy skalp. Posiada go wódz, jego squaw robi na nim rano jajecznicę dla całej wioski. Ponoć nic tak nie smakuje jak jajecznica z odrobiną zakrzepłej rdzy. 
Chmury tak białe, tak różowe, tak niebieskie. Swobodnie płyną przez perforacje. Pusto w płytkiej głowie. Wyparowały pragnienia wraz z resztkami rozsądku. Różowe chmurki odpowiadają teraz za kontakty między ludzkie, białe za pamięć, a niebieskie ... . Jak wata cukrowa. Niebieskich nie ma. Jagody stukają o porcelanowe ścianki. Białe dotychczas naznaczone zostały filetowymi plamami. Prawie jak krew, której nie mam.



sobota, 23 czerwca 2012

Burza

Jest niebiesko biało miętowo.



Iskrzy. Grzmoci. Łomocze, łopocze. Sroży się i stroszy sierść piorunów. Czają się, wypłoszone z boru ślepawe, zjesieniałe zmrocza, zamoknięte, zastraszone. Przewodzące.
A za nimi, w pogoni, jak Egipcjanie goniący Żydów przez pustynię, przez Morze Czerwone, przez kultury, cywilizacje i poświęcenia, krople deszczu przebijają się przez chmury, przez gwiazdy, przez błota i muły podzamcza niebiańskiego.
 Mam niebo na ścianach, dziewcze zza szyby ma niebo na włosach. Kim mi jesteś, czym mi jesteś - dziewczynko na ptaki rozmnożona? Tragicznie pernamentnie martwy poeto, kim ci jestem? kim mi jesteś? Ja wiem. Te znaki - pół kicz a pół żałość.
 I z żałości wyciekaja słowa, zdania, blogi. Jak ssanie srebrnej łyżeczki w czasie przeziębienia. albo przegryziony język i natarczywy smak żelaza. Słowa plasterkiem? Guzik. Z pętelką. Aby już nie mówić.

Wracając zaś do piorunów, machają ogonami. Kulą się zupełnie jak ja kilka dni temu. Nawet więcej podejrzewam niż kilka. Kuliste. Może karaluchy, które sie bardzo długo kuliły poprzez akumulację energii oraz tarcie stały się piorunami? 
Pioruny kuliste machają ogonami. łaszą się i tańczą przede mną. Padnij. Obtocz się w ziemi. Weź łopatę i się zakop. Umrzyj.
Przez deszcz szemrze prąd w moim pokoju. Szepce. Odbija się w lustrze sprawiając że ściany spływają miętową w smaku maziają. Lustro potęguje i zapętla myśli które nakładają się na siebie tworząc coraz to nowe wzory. Secoure pour melange. Może będą inne. Mais bien que nous allons le melange ils vont etre comme maintemant. Comme a ce moment - la.

Jako dziewczynka rozkręciłam kalejdoskop. Doszłam do senda i zjadłam szkiełka. Landrynki smakowały inaczej mamo. 

mamo...









wtorek, 19 czerwca 2012

Za wcześnie

Dawno, dawno nie pisałam  bo i motywacji i czasu i sił braknie.


 Lejący się żar z nieba skutecznie roztapia i tak płynne już ciało. W sumie pancerzyk przydał by się, lecz go nie ma. Za bardzo chciałam go nie mieć żeby teraz chcieć go z powrotem. Ale chyba pragnienie jego zrzucenia było celem samym w sobie, osiągnięcie tego wyprowadzonego logicznie z gmatwaniny supełkowatych irracjonalności celu okazało się martwić bardziej niż cieszyć i dawać poczucie wolności. Przytłoczył, przygniótł wręcz do ziemi brak ograniczeń, ram stworzony z braku chityny. Za wcześnie? 
Kręgosłupa braknie, wewnętrznego pancerza, przytrzymującego w pionie tłuszcz a nie formującego go w w sumie dowolny kształt. Można i bez niego istnieć, piąć się, rozgałęziać. Stwórca drzewom nie wymyślił piekła. Tak Panie Świetlicki. Dlatego mają korę, drewniany substytut chityny. Wystarczy istnieć, myśleć, dążyć.

Karalusze piekło jest ciemne, ciemne, ciemne. I zimne zimne zimne. Jest domem i zimnem i ciemnością wszechogarniającą chłodem wszechrzeczy i wszech powszechne myśli wszechstronnie zastałe, nieruchome.
 
It's a mad mad bloody house, jak rzekł dnia pewnego mój braciszek majacząc w gorączce. Tak. Mad, mad & bloody. Szalony, szalony, krwią ociekający, krwią zmyty, krwią żywiący się i dzięki niej istniejący. Dziś daniną była chityna. Panta rei? Panta katarreoun.

wtorek, 12 czerwca 2012

Światło

Aha.

Bo  dziś jest poniedziałek. To w sumie wiele zmienia. Fajnie dowiadywać się o tym wieczorem, u schyłku, ale w sumie pozwoliło mi przeżyć dzień bez uprzedzeń. Poweekendowa aktywność karaluchów w sumie jest podobna do ich aktywności w każdy inny dzień tygodnia, te słowa tak gwoli informacji dla niewtajemniczonych w arkana znawstwa codzienności karaluszej.

Mleko, zanieczyszczone, przerodziło się w budyń. Jest gęstsze, bardziej sycące. Rosnę szybciej, niedługo przerosnę najwyższy z pleśniowych krzaczków z mojego ogrodu. Potem zacznę tyć, teraz jeszcze jestem w miarę szczupła, nawet jak na karalucha. Jak na plugawego robala. Ale już nie długo. Pancerzyk kruszy się, bo jestem coraz większa. Wcale nie przepoczwarzam się, po prostu rosnę. Ale już nie długo. Coś w końcu musi się zdarzyć. Nie może być tak że to wszystko bez powodu. To całe picie mleka, jedzenie, kulenie się i rozkulanie, ten cały kosmos na moim pancerzyku. To nie może być tylko po to bym urosła. Musi być jakiś powód. Muszę zmienić postać. Muszę bo chcę.

Rzeczywistość o  odczynie kwasowym zmieniła czerwcowe światło w denaturat przelewający się z trudem przez chmury. Dlaczego rzeczy nim zalane są prawdziwsze? Dni, kiedy denaturat, taki fioletowy, cieknie gęstym wysiłkiem są pełniejsze, bardziej mięsiste, miąższem ich jest nasza w nie wiara. Są ciężkie, bo prawda jest ciężka. I nie mogę się łudzić że objawi się po polaniu czystym spirytusem, bo jest brudna. Podobne rozpuszcza sie w podobnym. Spita trupia główka profesora takoż rzecze. I nie może być inaczej. Rzeczywistość jest brudna, kwas nieczystości, cytrusy. Grejpfrut narzędziem szatana? Czemu nie w sumie. Skoro możliwe są pancerne brzozy. One też roztopią się pod wpływem denaturatu. One też są brudne. Czystość nie istnieje, w XXI wieku nie ma już mentalnych dziewic, niewinnych, delikatnych, skromnych. Nie ma. Denaturat zmieni naturę rzeczy, rozpuści zastygły kwas, odsłoni pierwotne formy. I ukarze się nam prawda, zanieczyszczona, brudna, lecz bliższa pierwotnym substancją. Majaczenia zyskają sens. Chociaż nie moje, im już nic nie pomoże. Dzisiaj było takie światło. Nie mam pancerzyka. Denaturat odkrył postać, pozbawione pęt chityny ciało może się zatem spokojnie rozrastać. Amorficzna zbieranina komórek tłuszczowych. Rozpełznę się, rozpłynę i dam początek nowemu pokoleniu karaluchów wypełzających z moich przerośniętych trzewi.

piątek, 8 czerwca 2012

Mleko

Pancerzyk kruszy się.


Więcej mleka. Mleko. Mleko. Mleko. Kwaśne. Zsiadłe. Z ziemniakami. Smak lata, dzieciństwa i babci. U niej też było sporo karaluchów. W ogóle sporo robactwa. Wieś. Krowy, muchy, słoma. Wakacje słowem. Nie u babci. U ciotki. Pies. Zawsze uwięziony, w nocy nie można było wyjść na dwór, trzeba było sprawdzać, gdzie aktualnie jest i czy można otworzyć drzwi do domu. Trochę jak w Bestiarium. Nawet postać Remy się zgadza. W sumie. Tylko pointa inna. To zwierze zginęło, pod kołami maszyny jakiejś chyba. Alternatywny bieg historii. I to się zdarza. Chociaż wolę jego wersję. Wymiotuję królika. Raz na jakiś czas. Nie codziennie, co to to nie, nie myślcie sobie proszę że jestem jakąś zwierzęcą bulimiczką czy coś! Nie. Króliki pojawiają się rzadko, nie chcę ich w sumie. Ale dość. Podawać się za bohatera Listu do znajomej w Paryżu nie chcę. Jest to moje ulubione opowiadanie Cortazara i jednocześnie najciekawszy jak dotąd utwór prozatorski literatury iberoamerykańskiej.

Pancerzyk kruszy się. Proces przepoczwarzania się rozpoczął się zatem. Księżycowa jego powierzchnia zyskuje nowe rysy, załamania, wzory. Wygląda jak Mars już raczej. Nawet brunatnoczerwona. I ciemno za oknem i pada. deszcz. Dotknąć deszczu by stwierdzić ze pada nie deszcz tylko pył z księżyca spada. Już Wojaczek przewidział moje przeobrażanie się. Czym się stanę? Rosnę. To przez mleko. Ale teraz, kiedy i tak nie mam gdzie się schować piję go więcej. Naprawdę chcę urosnąć. Co jest większe od słonia? Będę ja. Nowy twór? nie. być zwyczajną, zwykłą, normalną. Jak Przeciętniak, kaczka Ester. nie. Niesmak wywołany seansem oddala ode mnie tę wizję. Grozę wtopienia się w ściany. A ściany mają uszy i oczy i ręce. A ściany mają serca i poglądy jakieś możne również. Może na pewno. Panie poruczniku, proszę nie podsłuchiwać.

czwartek, 7 czerwca 2012

Legenda o końcu świata

Stworzenie osłonięte chitynowym pancerzykiem, ogromny, przerażony insekt przez podmuch odkurzacza czy inne zawirowanie powietrza w pomieszczeniu rzucony w przestrzeń. Pustą, drewnianą, straszną. Bo brak dziur dostatecznie dużych, gotowych go pomieścić kryjówek. Tak to jest, kiedy pije się za dużo mleka. To musi wyglądać żałośnie. Przerośnięty obrzydliwy stwór, który kuli się, usiłuje schować się w sobie, tak ścisnąć atomy ciała, tak zagęścić cząsteczki aby stać się jak najmniejszym, jak najmniej widocznym. Poprzez kompensację wybuchnąć, zniknąć. Skulić się, skulić... pufff! I nie ma. Sufit przecieka, rzeczywistość o odczynie bardzo kwasowym jak stara farba łuszczy się i odpada,  wytapia w chitynowym pancerzyku kratery jak na księżycu. Zatem kosmos spada nam na głowę w postaci skrzywdzonych karaluchów. Majaczą składniej, kiedy je poparzyć. Kulą się, nie ma to sensu. I tak się rozkulą. I tak przetrwają. Nawet katastrofę nuklearną. Ich pancerzyk jest miękki i ciepły, ale parzy, pali wtapiając się w kark. Kwas. Kap. Kap. Kap. Syczy i dymi. Karaluchy tańczą tańczą tańczą. Wszystkie boże dzieci tańczą. Tylko one przeżyją koniec świata. Tylko ja.  Jest takich więcej? Odezwijcie się bracia. Boży zakonie poparzonych. Przyszła wiosna, lato. Jest ciepło, słonecznie. Błękitno-słonecznie jest tonąć w spirytusie czerwcowego światła. Nuklearnej zagłady. Szaro-pochmurnie jest pławić się w dymach energii atomowej. Fluorescencyjnie. Karaluchy, które przetrwają będą zielone. I będą świeciły. Jak pochodnie.  I od nowa stworzą ziemię. Po końcu świata czcić będą wielkiego, zielonego karalucha miast watykańskiego złotego cielca. I dadzą początek nowej cywilizacji. Ciemiężeni i pogardzeni wyjdą z cienia, na gruzach znienawidzonej potęgi zbudują swoją. Nie od nowa. Urazy krzywdzonych, zasklepione odżyją, gruzy domagać będą się sprawiedliwości. Tworzą one pewne kontinuum czasoprzestrzenne, niezniszczalne, odporne na słowa wybuchy i katastrofy. Na karaluchy i fluorescencję. Nastąpi kolejna katastrofa, pozstanie dawna potęga głodna żądna zemsty. Ale w między czasie sporo wieszczów samozwańczych, obłudnych zbawców, karaluszych fałszywych czy też i prawdziwych posłańców tego samego, dawno zmarłego Boga pisać będzie księgi i przekazywać pokoleniom insektów legendy, tak samo bezsensowne jak ta i tak samo prawdziwe. 

Kulę się, kulę, dziewczę przebrane za słonia. Trochę z uszu wystają mi czułki, ale nawet udane to przebranie, mało kto pozna, że ma przed sobą polimorfa. Chociaż skrawki kwasowej rzeczywistości nadszarpnęły istotnie pancerzyk, wciąż obecny, pod warstwą skóry i błota i tłuszczu. W kondycji znośnej, jeśli idzie o świadomość.

wtorek, 5 czerwca 2012

Witajcie

jeżeli ktoś postanowi to przeczytać.


W sumie jest to moja dziewicza notka i uznałam że muszę jakoś rozpocząć. Jeśli moje 2 zdania wystarczająco przeraziły Was nieposzanowaniem składni i w ogóle języka polskiego, nadętą grafomanią, czymkolwiek - nie czytajcie. Później będzie gorzej.

Jeśli idzie zaś o tych, którzy zdecydują się jednak zostać, to chapeux bas, jesteście wytrwali.
 Nie mam pojęcia skąd wziął się u mnie aż tak rozbudowany ekshibicjonizm , którego najnowszym wykwitem jest tenże blog. Nie wiem. 

J'etais le cafard. Może wciąż jestem? I poprzez zdeptanie godności i załamanie prywatności chcę się z tę postać opuścić? Ale wciąż będę organizmem polimorficznym, zatem w pewnej części karaluchem również. Jak osiągnąć postać człowieka? Pij mleko, będziesz wielki. Zatem urosnę, a ponieważ ogromny karaluch psułby ład społeczny oraz równowagę materii zaburzałby poprzez naciski natury ożywionej jak i tej martwej lub nie pełzającej nigdy stanę się człowiekiem? Słonie też są duże. Mogę być słoniem.