Stworzenie osłonięte chitynowym pancerzykiem, ogromny, przerażony insekt przez podmuch odkurzacza czy inne zawirowanie powietrza w pomieszczeniu rzucony w przestrzeń. Pustą, drewnianą, straszną. Bo brak dziur dostatecznie dużych, gotowych go pomieścić kryjówek. Tak to jest, kiedy pije się za dużo mleka. To musi wyglądać żałośnie.
Przerośnięty obrzydliwy stwór, który kuli się, usiłuje schować się w sobie, tak
ścisnąć atomy ciała, tak zagęścić cząsteczki aby stać się jak najmniejszym, jak
najmniej widocznym. Poprzez kompensację wybuchnąć, zniknąć. Skulić się, skulić...
pufff! I nie ma. Sufit przecieka, rzeczywistość o odczynie bardzo kwasowym jak stara farba łuszczy się i odpada, wytapia w chitynowym pancerzyku kratery jak na księżycu. Zatem kosmos spada nam na głowę w postaci skrzywdzonych karaluchów. Majaczą składniej, kiedy je poparzyć. Kulą się, nie ma to sensu. I tak się rozkulą. I tak przetrwają. Nawet katastrofę nuklearną. Ich pancerzyk jest miękki i ciepły, ale parzy, pali wtapiając
się w kark. Kwas. Kap. Kap. Kap. Syczy i dymi. Karaluchy tańczą tańczą tańczą. Wszystkie boże dzieci tańczą. Tylko one przeżyją koniec świata. Tylko ja. Jest
takich więcej? Odezwijcie się bracia. Boży zakonie poparzonych. Przyszła wiosna, lato. Jest ciepło,
słonecznie. Błękitno-słonecznie jest tonąć w spirytusie czerwcowego światła.
Nuklearnej zagłady. Szaro-pochmurnie jest pławić się w dymach energii atomowej.
Fluorescencyjnie. Karaluchy, które przetrwają będą zielone. I będą świeciły. Jak
pochodnie. I od nowa stworzą ziemię. Po końcu świata czcić będą wielkiego, zielonego karalucha miast watykańskiego złotego cielca. I dadzą początek nowej cywilizacji. Ciemiężeni i pogardzeni wyjdą z cienia, na gruzach znienawidzonej potęgi zbudują swoją. Nie od nowa. Urazy krzywdzonych, zasklepione odżyją, gruzy domagać będą się sprawiedliwości. Tworzą one pewne kontinuum czasoprzestrzenne, niezniszczalne, odporne na słowa wybuchy i katastrofy. Na karaluchy i fluorescencję. Nastąpi kolejna katastrofa, pozstanie dawna potęga głodna żądna zemsty. Ale w między czasie sporo wieszczów samozwańczych, obłudnych zbawców, karaluszych fałszywych czy też i prawdziwych posłańców tego samego, dawno zmarłego Boga pisać będzie księgi i przekazywać pokoleniom insektów legendy, tak samo bezsensowne jak ta i tak samo prawdziwe.
Kulę się, kulę, dziewczę przebrane za słonia. Trochę z uszu wystają mi czułki, ale nawet udane to przebranie, mało kto pozna, że ma przed sobą polimorfa. Chociaż skrawki kwasowej rzeczywistości nadszarpnęły istotnie pancerzyk, wciąż obecny, pod warstwą skóry i błota i tłuszczu. W kondycji znośnej, jeśli idzie o świadomość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz