Dawno, dawno nie pisałam bo i motywacji i czasu i sił braknie.
Lejący się żar z nieba skutecznie roztapia i tak płynne już ciało. W sumie pancerzyk przydał by się, lecz go nie ma. Za bardzo chciałam go nie mieć żeby teraz chcieć go z powrotem. Ale chyba pragnienie jego zrzucenia było celem samym w sobie, osiągnięcie tego wyprowadzonego logicznie z gmatwaniny supełkowatych irracjonalności celu okazało się martwić bardziej niż cieszyć i dawać poczucie wolności. Przytłoczył, przygniótł wręcz do ziemi brak ograniczeń, ram stworzony z braku chityny. Za wcześnie?
Kręgosłupa braknie, wewnętrznego pancerza, przytrzymującego w pionie tłuszcz a nie formującego go w w sumie dowolny kształt. Można i bez niego istnieć, piąć się, rozgałęziać. Stwórca drzewom nie wymyślił piekła. Tak Panie Świetlicki. Dlatego mają korę, drewniany substytut chityny. Wystarczy istnieć, myśleć, dążyć.
Karalusze piekło jest ciemne, ciemne, ciemne. I zimne zimne zimne. Jest domem i zimnem i ciemnością wszechogarniającą chłodem wszechrzeczy i wszech powszechne myśli wszechstronnie zastałe, nieruchome.
It's a mad mad bloody house, jak rzekł dnia pewnego mój braciszek majacząc w gorączce. Tak. Mad, mad & bloody. Szalony, szalony, krwią ociekający, krwią zmyty, krwią żywiący się i dzięki niej istniejący. Dziś daniną była chityna. Panta rei? Panta katarreoun.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz