piątek, 19 października 2012

Lukier gęsty na oczach, na ustach, na brodzie.

Piszesz to wszystko, a mi już ścierpły palce.



Ściany porośnięte biedronkami,  szemrzący duch pokoleń. Powietrze drży, muszki? Świat rozpada się na tysiące małych ziarenek piasku. Drży obraz, kiedy wizja spada na głowę. Czy możliwe jest życie po spełnieniu nieba?

Leć do nieba leć do nieba, nic nam więcej już nie trzeba. Nie mamy chleba, kamienica zbudowana jest z pianek. Białobezowe balkony kruszeją, pył z rozłamań nacukrza rzekę bzdur. Biedronki rodzą nadzienia. Gładka politura budynku, czekoladowe murale, cypryjskie drzewa jak z obrazka z dalekich krajów. Księżniczka z marcepanu.

Jedyna prosta, stała i niejadalna. Twarda czarna oś, idealnie gładka, wytrzymała, przyczyna i konsekwencja istnienia ulicy. 

Ludzie. Nie ma. Są, przechodzą, mijają, nie patrzą, nie czują, nie smakują.  Bezowobiałe balkony nacukrzają ślinę ściekającą mi po podbródku. Biedronki rodzą nadzienia. Nieobecność rodzi byty urojone.

Szare, zsiniałe twarze, chmurne jak niebo dzisiaj. Wtedy, bo relacja nie przekazywana jest na bierząco. 
Jak Wisła, której nie ma. Zostały śmieci i szlam i trupy ofiar historii. Kamienie i drewna. I butelki. Bardzo dużo szkła. Tu obok, butelki. Tam niżej, butelki. I w Wiśle  - butelki. Kamień węgielny cukierkowych domów - butelki. Wódka konsoliduje wiązania międzywymiarowe. Scukrza zatargi. 

O, wybudujcie domy, jasne, wielkie domy. 

Domy formą krystaliczną ludzkiej nienawiści? Kto powiedział, ze nienawiść nie jest klarowna?

Wypełza. Spomiędzy cegieł, przez betonowe bloki wypełnione słodzonym powietrzem. Błękitna farba, trujący jad spojrzenia. Niebieski świeci, szary fosforyzuje. W nocy, z satelity obserwować można niebiańską wstęgę Nowolipek.

"Ty pójdziesz z nim, o, tamtem. Na noc, dam Cie te rower.  - Pan Gołąb chowa obrazy. - No idź że no prosze! - Nam ja Ci te rower, pogadaj z nim. Nie? Do widzenia, a ile? ile? Sto zloty dla ciebie, sto. jakbym Cie nie lubił było by więcej. No  już, zmykaj."

niedziela, 7 października 2012

Dekonstrukcja służy reinterpretacji


 - Lalka, pokaż no się.


Lalka. Umalowana, ubrana, uśmiechnięta  Jak niegdyś manifest M3, dziś - U3. Manifest kobiecości. Można być szorstkim? Mężczyźni... Być miłą, piękną, zwiewną. 
Femme fatale w podomce, z mopem. W fartuszku zmywająca naczynia. Nie ukrywam,  wizja niesłychanie pociągająca. Za sznurki. 

Każda lalka może odciąć je z krzyża, do którego są uwiązane. Ale wtedy, pozostawiona sama sobie gubi się. Zwykłe, omówione niejednokrotnie  już. Dlatego nie wszyscy sięgają po nożyczki. Taak. Po co? skoro wygonie tak żyć, będąc uzależnionym.  Inspiracja, czy plagiat? 

UZALEŻNIENIE = NATURA,  z jednej z warszawskich ścian.


Dekonstrukcja służy reinterpretacji. 

Ale można obalać mity i prawdy utrwalone przez kurz jedynie po to, aby burzyć. Wprowadzać niepokój, niepoprawność. Bunt sam w sobie jest wartością, nie musi być poparty czymkolwiek głębszym. Służy reinterpretacji? Dezintegracji, deformacji. Destabilizacji. 

Niszczenie formą twórczą? 

Wandale reinterpretują przestrzeń publiczną zatem. Ale to prawda. Absurd, rozkładający stwierdzenia na części konstruuje z nich nowe, w porządku częstokroć czysto przypadkowym, co pozwala spojrzeć w innego punktu widzenia na to, co zwykłe i utrwalone.
 A punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.  
Ty siedzieć chcesz wyżej więc z góry oceniasz. 

Perspektywa. O niej zaś pisał P.

Mówiłam, że nie utrzymuję kontaktów. 


Oczywiście napisać można więcej, tylko po co? Można lepiej, na pewno.




wtorek, 2 października 2012

To jest takie proste.

Czarna dziura wciąga nas powoli do środka

Czarna New Era, czarne Nike'i, czarna Nokia



Uciekam, byle dalej, byle w górę, byle wyżej, w stronę słońca. W stronę ciężkiego  purpurowego nieba i samolotów zamiast gwiazd. Samolotów wydających dźwięki. Ciężaru chmur przypominających krem maślany i w stronę powietrza. Świeżego, rześkiego powietrza drgającego od spalin i  pyłu miasta. 

W stronę niebywale ostrej porannej percepcji. Perfidnie trzeźwej. I zaskakująco nieomylnej. Bolesnej? Po miękkiej nocy promienie świadomości bolą, a jakże. Wwiercają się w mózg i drążą dawno zamknięte tematy, o których istnieniu nie wiedziałam lub nie chciałam wiedzieć. Drążą dalej, do kości, do szpiku, do dna. 

 Świta. Okno, parapet, dachówki. Błyszczą, mokre i zimne. 

Powietrze wyjątkowo czyste, przejrzyste i ostre jak żyletka. Już samo jego wspomnienie winno być zdolne rozcinać niebo.

Dzień jak co dzień, poranek jak każdy inny. Raz deszcz. Raz śnieg. Czasem trochę słońca. 

Mgły, ostatki babiego lata osnuły przestrzeń w okół mnie, nie wyjdę już stąd. Nie wyjdę, bo jest za ładnie. Tak miękko i lekko i prosto. Tak. Wszystko jest takie łatwe. Wystarczy nie niszczyć pajęczyn. Wystarczy sprzyjać pająkom. i nie przerywać nici. Leżeć i być, rosnąć, piąć się,  rozgałęziać. Stwórca drzewom nie wymyślił piekła. 


Pamiętaj, nigdy nie przerywaj nici.
W czterech ścianach
wiatr nie wieje