piątek, 13 lipca 2012

Sanktuarium żywej paranoi - cd

Idą po mnie. Kilkadziesiąt twardych kadłubków kołyszących się na cienkich odnóżach. Kilkadziesiąt Długich, sztywnych odnóży uderzających dźwięcznie o podłogę. W głowie, przeklęte niech będą, głosy nucą In the hall of the mountain king

Dzwoneczki, kołomyjka, buddyjskie wałki modlitewne i przyspieszające postukiwanie pajęczych odnóży obwieściły to, co nie możliwe: Wyszłam z siebie.
Stoję obok, przyglądam się uważnie stygnącemu z powagą ciału pająka, jakby jego słabnące ciepło było  odpowiedzią na pytanie: Dlaczego? Jakby zwłoki te miały powiedzieć mi, co dalej. Co potem? To znaczy: przedstawić obieg materii w naturze. Co potem? To, co kiedyś tworzyło pająka rozłoży się w ziemi              (pochowają go jak mniemam), i przyczyni się do rozwoju , w efekcie stanie się częścią rośliny, drzewa powiedzmy, jabłoni na przykład. Jabłoń urośnie, wyda owoce, ja zaś dnia pewnego na targu mniejszym lub większym mieście je kupię. Zatem cząstka zamordowanego prze zemnie niegdyś pająka stanie się cząstką mnie. Drzewo jest pająkiem, jabłko jest pająkiem. Jestem pająkiem. 
Wolę karaluchy. Nie zjem jabłka, mamo. 

Wyszłam z siebie, nie pewnie trzymając się na nogach, otumaniona jeszcze po tak gwałtowniej przemianie stanęłam u swojego boku by służyć sobie mieczem. Dawne ciało, przechodzące błyskawiczną i na pierwszy rzut oka niezauważalną metamorfozę oddałam we władanie twarzom, głosom.
"Na chwilę, to chwilowe" - Yhy. Wiem. Powinnam najpierw sama w to uwierzyć, nie?

Od ciosów miecza nieruchomieją kolejne dźwięczące odnóża, ich postukiwanie zastępuje odgłos uderzania drewnianym mieczykiem o podłogę. Owijają się wokół podrygujących konwulsyjnie czarnych kadłubków, tak, że w panującym półmroku trudno jest odróżnić w właśnie poległych wojowników od zalegających wszędzie muszych trupów pokrytych kurzem a nierzadko i skudłaconymi pajęczynami. Ilu było tu przede mną? Przed nami? Miast bronić się jedynie, nacieramy. Wyprowadzamy coraz bardziej gwałtowne szarże wgłąb czarnych szeregów. Uderzam na oślep, coraz częściej jednak mieczyk nie spotyka oporu, coraz częściej opada ze świstem  przecinając powietrze. Nadal bezmyślnie młócąc nim potykam się o martwe lub dogorywające pająki. - Nie połyskują.- usłyszałam. Stosy ciał, czarna hekatomba ku chwale cynamonowej Kali. To ja jestem jej kapłanką.

Zmrok zapadł już dawno, przez brudne szyby nie sączy się nawet ponure światło latarni. Szyby stały się ślepe i głębokie, jak tylko głębokie może być szkło nocą. Można utonąć. -Nie połyskują - doszedł do mnie własny głos ale jakby nie mój. Pusty, składający się z wielu innych, mimowolny. -Nie połyskują- powiedziałam. Leżąc wśród zwłok zaczęłam się śmiać najgłośniej jak potrafiłam. Drgawki wstrząsały moim ciałem a z gardła wydobywał się się nieprzerwanie przerażający, dziki śmiech. Niósł się po pokoju. Norze. Odbijał się od ścian i wysokiego sklepienia przypominających wnętrze katedry. 

Rozśpiewały się mury przedwieczne,  w ich takt falowały obrazy : 
- Nie połyskują- powiedziałam cicho i po raz ostatni. Jak echo powtórzyły za mną dochodzące z wnętrza mojego ciała głosy:   -Nie połyskują.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Sanktuarium żywej paranoi

Nie wierzę w swoje majaczenia dopóki nie stają się realistyczne, puki nie są prawdziwe.


Był wieczór, kiedy Jabol zaprowadził mnie w to miejsce. Spędziłam tam noc. Jedną, drugą, kolejną. Sama. Dziś rano, nie odnajdując zajęcia, pojawiłam się tam znowu. Przeszukałam wszystkie dziury wraz ze starym, burym kundlem, którego kiedyś wraz z Jabolem pozbawiliśmy ogona. Zwierzę i tak lgnęło do nas. Myślało pewnie, że mamy jedzenie. W końcu oboje cuchnęliśmy mięsem. 

Dzisiaj nie ma Jabola, zginął od tulipana wieki temu. Wcześniej jednak zdążył pokazać mi norę, gdzie urojenia okazały się być rzeczywistością.

Gumowa lalka o pluszowym torsie i szklanobrązowych oczach siedzi teraz na szczycie góry zbudowanej z książek i patrzy się na mnie przez kolorowe szkiełka. Jest wyjątkowo świeża w porównaniu ze stosami zgromadzonych tu myśli. Jest też ogromna i miękka. Pachnie cynamonem. Do tej pory uważałam, że to ja jestem duża, ona jednak jest prawdziwym monstrum, wyobrażenie jej przerasta możliwości okrojonego do minimum umysłu. Postać ta przytłacza mnie, stoję na dwóch wątłych jeszcze nogach w jej cieniu, gdzie pomimo panującego wokół gorąca marznę. Nie w pełni wykształcone kolana drżą, rozlany,oklapły tłuszcz faluje pod wpływem miarowych skurczów mięśni.
Nie ma jabola, nie ma kundla. pierwszy nie żyje, drugi gdzieś przepadł. Psia ich mać, i tak na niewiele by się zdali. 

Faluję zatem u stóp gumowej lalki o cynamonowej skórze. W cieple zapach jest bardziej intensywny. W cieple jego doświadczanie staje się pełniejsze, bo zamiast po prostu czuć woń, tonie się w niej, wchłania się ją rozszerzonymi do granic przyzwoitości porami skóry. Każda żywa komórka łaknie zapachu jak tlenu, którego jest on substytutem. 
Po moim ciele rozlewa się cynamon, obraz i kształt ciepłej, zimowej nocy, lodowy czepiec monstrum jakby sugestia nadchodzącej epoki, miękkie stopy, pachnące potem, i ziemią, i minionym czasem. Wnikają one w kolejne warstwy skóry, w naczynka krwionośne, w żyły niosące cynamon, i lód i spoconą ziemię do oczu, do  ust, do serca. Kołatanie przedsionków, zbyt dużo, zbyt nagle, zbyt na raz. Po kolei, czekajcie. 
Symfonia doznań ma swój płynny porządek. Ciepło płynnie przechodzące w lód, będące nim, koegzystujące w ziemi, jej miękkość, opadam, igiełki zimna ale jakby o smaku i zapachu czegoś innego, dalece bardziej niepoznanego nakłuwają niestrudzenie pogrążony w napojonej potem ziemi skomercjalizowany mięsień. Głębiej i głębiej, łaskocze, drażni,  boli, ale jakby przyjemnie, ej, przestańcie już, urwany oddech, nerwowy, muzyka nie chce przestać grać, narasta, głośniej, szybciej, więcej, więcej, więcej, głośniej. 
Płynna partytura wyschła, wyczerpała się. Skołatany, pokuty, ale jeszcze w pełni sprawny mięsień zamarł. Rezerwuar znów się napełnia, powoli, ale te krople wystarczają by ożywić dawny rytm. 

Z półrozwartych dziecięcych warg lalki wybiega, ledwo przeze mnie zauważony, mały, czarny pająk, za nim drugi i trzeci i kolejny. Zbiegają w dół, wciąż przekonane o swojej niewidzialności, o geniuszu prostego fortelu. Widzę je i tak. Zbiegają, spływają tworząc czarną stróżkę jakby zakrzepłej krwi na wargach i podbródku lalki, na niebieskim kołnierzyku jej sukienki, na białym, haftowanym fartuszku. Zjeżdżają na niewidocznych pajęczynach, czarne strugi pierwszej, miesięcznej krwi po wewnętrznej stronie dziewczęcych gumowych ud. Dorastasz kochana, w tym dniu zostałaś zawieszona w próżni. Przemądrzała mina dopasowana do umorusanej murzyńskiej buźki nie zatrzyma potoku czarnych pająków. Te, które już znalazły się na ziemi, jakby uświadomiły sobie, że je widzę, zwolniły, zaczęły się skradać. 

Trzewia ścisnął nagły spazm lęku: idą po mnie. To nie krew miesięczna, to armia zbawienia. Lalka jest ich boginią, przedziwną reinkarnacją Kali. 
 
A przecież Pani Matka ostrzegała: antykwariaty są niebezpieczne.

czwartek, 5 lipca 2012

Chemiczne noworodki

Ziemia - moje własne uniwersum szaleństwa. 


Owadzie ścierwa czekają na zbawienie prażąc się w lipcowym słońcu. Zmieniają się w popcorn. Też miałam tak skończyć. Na blaszanym parapecie oczekiwać białej gołębicy, która zwabiona zapachem prażonej kukurydzy porwie mnie i uniesie w przestworza. 
Ku chmurom, ku niebu, w stronę wirujących słońc.  Aby wejść w puste oczodoły nigdy nie poznanego Ojca Niebieskiego. 

Jestem nieśmiertelna, niezwyciężona. Nie zamienię się w prażynkę. Trzeba umieć umierać z fasonem, bo polimorfizm nie sprzyja zachowaniu godności. Zmienię się w piankę. 
Słodką, biało-różową, taką jak chmury wczoraj. Gęste, jak pańska skórka, miękkie, elastyczne. Ekstatyczne. Niemowlęce na tle błękitnego nieba. Straszne, niemowlęta przerażają, niezależne, niepoznane. Nie podobne. Pierwsze dni,miesiące życia toną w niestartych z podłogi wodach płodowych tworzących skorupkę na świadomości. 
Życie sprowadza się do planu wyznaczonego przez bardziej przystosowane jednostki: jedz, śpij, zamilcz, wydalaj. STOP. Same się  tego domagają. A później? Kiedy pojawia się piąty element, zabawa?

<< - Nie mów że Bozi nie ma, Bozia jest. - Nie ma. Gdzie jest.  - W niebie, o tam. - Nie ma. W niebie są chmury, i gwiazdy, i samoloty, karaluchy zamienione w pianki, i w ptaki, i w popcorn. - Kto Ci takich głupstw naopowiadał?  >>

Tylko po co o tym myśleć, to wspominać? I tak nie ma tam nic więcej, prócz smaku matczynego mleka i zapachu tablicy korkowej i krochmalu.

Po co babrać się w zatęchłym szlamie późniejszej pamięci? 
Aby znaleźć źródło perwersyjnej uciechy w kąpieli we krwi zdeptanych mrówek? 
Ale o to być może idzie. Oddychanie ma odczyn zasadowy. Kwas neutralizuje zasadę. 
Kąpiel w własnym kwasie, w kwasie mrówek i każdego zamordowanego owada  zmieni oddychanie w sól. 

Oddech solą w oczach umarłych, solą ziemi głupców. Ziemia. Moje własne uniwersum szaleństwa. 


niedziela, 1 lipca 2012

Oddzielna cząstka treści poza kopułą obrazu

Umiem pisać


Paraliż powoli ustępuje. Nabyty przez przypadkową niekonsekwencję Gepetta złamany kręgosłup nie tyle zrasta się, co wykrusza, ustępuje miejsca nowemu. Dokonuję samostworzenia, buduję siebie od podstaw, po wgnieceniu w ziemię przez przeciążenia występujące w trakcie lotów kosmicznych . 

Generał Hermaszewski patrzył na mnie. Miał przestrzeń w oczach, pokazywał mi z ojcowskim uśmiechem wylatujące  z gniazd gwiazdowych, gazdowskich, swojskich stancji przy drodze mlecznej potomstwo pierwszych osadników, dobry duch cywilizacji, prekursor ziemskiego imperium kosmicznego.  

Czynnik ludzki obecny w świadomości każdego stworzenia, każdego organizmu. Bardziej niż karalucha pozbawionego chityny i kręgosłupa  przypominam zdeformowane, tysiącletnie, zalane tłuszczem zwłoki o powykręcanych kończynach. Filigranowe, kunsztownie zdobione formacje kostne wynurzające się z  rozwijającej się wciąż masy komórek tłuszczowych są co najmniej nie odpowiednie w tym miejscu, jednak wydają się pasować, jako swoista art brut mojego ciała, prawdziwa, niezafałszowana, piękna i tak inna.  Usztywniona obawą zniszczenia którejś z tych konstrukcji siedzę prosto. Cicho. Poważnie. Mam dłonie, nadgarstki, przeciwstawny kciuk i sprawne palce tak odmienne od karaluszych zakończeń kończyn. Utrzymuję już w dłoni ołówek. 

"nie mogę być jednocześnie twórcą i tworzywem." 

Mogę. Byś sobie sterem i okrętem, Bogiem i Kościołem.  

Na papierze stawiam coraz to więcej znaków. Koślawe, drżące i niepewne, pod wpływem surowego spojrzenia prostują się, czyniąc idealne prawie rzędy. Pilnują kolejności. Słowa słowa słowa, jak rzekł kiedyś pewien duński książę. Słowa w szeregu, w rzędzie ustawione w szachownicę, spiralę. Pozbawione treści, dobro czysto graficzne. Są głównym kryterium pozwalającym nazwać jednostkę plemienną/państwową cywilizowaną. 

Cywilizacyjne horror vacui nie pozostawia mi miejsca na rozwój, na rośnięcie. Nie jest ono jednak możliwe poza nim, jestem jego częścią, integralnym elementem większej całości, nie ważne jak brudnej i jak plugawej. Wspólnoty ludzi pierwszych, niedostworzonych, kształtujących się samotnie, samoistnie, w obłędzie perfekcyjnego idealizmu.