Dzwoneczki, kołomyjka, buddyjskie wałki modlitewne i przyspieszające postukiwanie pajęczych odnóży obwieściły to, co nie możliwe: Wyszłam z siebie.
Stoję obok, przyglądam się uważnie stygnącemu z powagą ciału pająka, jakby jego słabnące ciepło było odpowiedzią na pytanie: Dlaczego? Jakby zwłoki te miały powiedzieć mi, co dalej. Co potem? To znaczy: przedstawić obieg materii w naturze. Co potem? To, co kiedyś tworzyło pająka rozłoży się w ziemi (pochowają go jak mniemam), i przyczyni się do rozwoju , w efekcie stanie się częścią rośliny, drzewa powiedzmy, jabłoni na przykład. Jabłoń urośnie, wyda owoce, ja zaś dnia pewnego na targu mniejszym lub większym mieście je kupię. Zatem cząstka zamordowanego prze zemnie niegdyś pająka stanie się cząstką mnie. Drzewo jest pająkiem, jabłko jest pająkiem. Jestem pająkiem.
Wolę karaluchy. Nie zjem jabłka, mamo.
Wyszłam z siebie, nie pewnie trzymając się na nogach, otumaniona jeszcze po tak gwałtowniej przemianie stanęłam u swojego boku by służyć sobie mieczem. Dawne ciało, przechodzące błyskawiczną i na pierwszy rzut oka niezauważalną metamorfozę oddałam we władanie twarzom, głosom.
"Na chwilę, to chwilowe" - Yhy. Wiem. Powinnam najpierw sama w to uwierzyć, nie?
Od ciosów miecza nieruchomieją kolejne dźwięczące odnóża, ich postukiwanie zastępuje odgłos uderzania drewnianym mieczykiem o podłogę. Owijają się wokół podrygujących konwulsyjnie czarnych kadłubków, tak, że w panującym półmroku trudno jest odróżnić w właśnie poległych wojowników od zalegających wszędzie muszych trupów pokrytych kurzem a nierzadko i skudłaconymi pajęczynami. Ilu było tu przede mną? Przed nami? Miast bronić się jedynie, nacieramy. Wyprowadzamy coraz bardziej gwałtowne szarże wgłąb czarnych szeregów. Uderzam na oślep, coraz częściej jednak mieczyk nie spotyka oporu, coraz częściej opada ze świstem przecinając powietrze. Nadal bezmyślnie młócąc nim potykam się o martwe lub dogorywające pająki. - Nie połyskują.- usłyszałam. Stosy ciał, czarna hekatomba ku chwale cynamonowej Kali. To ja jestem jej kapłanką.
Zmrok zapadł już dawno, przez brudne szyby nie sączy się nawet ponure światło latarni. Szyby stały się ślepe i głębokie, jak tylko głębokie może być szkło nocą. Można utonąć. -Nie połyskują - doszedł do mnie własny głos ale jakby nie mój. Pusty, składający się z wielu innych, mimowolny. -Nie połyskują- powiedziałam. Leżąc wśród zwłok zaczęłam się śmiać najgłośniej jak potrafiłam. Drgawki wstrząsały moim ciałem a z gardła wydobywał się się nieprzerwanie przerażający, dziki śmiech. Niósł się po pokoju. Norze. Odbijał się od ścian i wysokiego sklepienia przypominających wnętrze katedry.
Rozśpiewały się mury przedwieczne, w ich takt falowały obrazy :
- Nie połyskują- powiedziałam cicho i po raz ostatni. Jak echo powtórzyły za mną dochodzące z wnętrza mojego ciała głosy: -Nie połyskują.