Ziemia - moje własne uniwersum szaleństwa.
Owadzie ścierwa czekają na zbawienie prażąc się w lipcowym słońcu. Zmieniają się w popcorn. Też miałam tak skończyć. Na blaszanym parapecie oczekiwać białej gołębicy, która zwabiona zapachem prażonej kukurydzy porwie mnie i uniesie w przestworza.
Ku chmurom, ku niebu, w stronę wirujących słońc. Aby wejść w puste oczodoły nigdy nie poznanego Ojca Niebieskiego.
Jestem nieśmiertelna, niezwyciężona. Nie zamienię się w prażynkę. Trzeba umieć umierać z fasonem, bo polimorfizm nie sprzyja zachowaniu godności. Zmienię się w piankę.
Słodką, biało-różową, taką jak chmury wczoraj. Gęste, jak pańska skórka, miękkie, elastyczne. Ekstatyczne. Niemowlęce na tle błękitnego nieba. Straszne, niemowlęta przerażają, niezależne, niepoznane. Nie podobne. Pierwsze dni,miesiące życia toną w niestartych z podłogi wodach płodowych tworzących skorupkę na świadomości.
Życie sprowadza się do planu wyznaczonego przez bardziej przystosowane jednostki: jedz, śpij, zamilcz, wydalaj. STOP. Same się tego domagają. A później? Kiedy pojawia się piąty element, zabawa?
<< - Nie mów że Bozi nie ma, Bozia jest. - Nie ma. Gdzie jest. - W niebie, o tam. - Nie ma. W niebie są chmury, i gwiazdy, i samoloty, karaluchy zamienione w pianki, i w ptaki, i w popcorn. - Kto Ci takich głupstw naopowiadał? >>
Tylko po co o tym myśleć, to wspominać? I tak nie ma tam nic więcej, prócz smaku matczynego mleka i zapachu tablicy korkowej i krochmalu.
Po co babrać się w zatęchłym szlamie późniejszej pamięci?
Aby znaleźć źródło perwersyjnej uciechy w kąpieli we krwi zdeptanych mrówek?
Ale o to być może idzie. Oddychanie ma odczyn zasadowy. Kwas neutralizuje zasadę.
Kąpiel w własnym kwasie, w kwasie mrówek i każdego zamordowanego owada zmieni oddychanie w sól.
Oddech solą w oczach umarłych, solą ziemi głupców. Ziemia. Moje własne uniwersum szaleństwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz