Nie wierzę w swoje majaczenia dopóki nie stają się realistyczne, puki nie są prawdziwe.
Był wieczór, kiedy Jabol zaprowadził mnie w to miejsce. Spędziłam tam noc. Jedną, drugą, kolejną. Sama. Dziś rano, nie odnajdując zajęcia, pojawiłam się tam znowu. Przeszukałam wszystkie dziury wraz ze starym, burym kundlem, którego kiedyś wraz z Jabolem pozbawiliśmy ogona. Zwierzę i tak lgnęło do nas. Myślało pewnie, że mamy jedzenie. W końcu oboje cuchnęliśmy mięsem.
Dzisiaj nie ma Jabola, zginął od tulipana wieki temu. Wcześniej jednak zdążył pokazać mi norę, gdzie urojenia okazały się być rzeczywistością.
Gumowa lalka o pluszowym torsie i szklanobrązowych oczach siedzi teraz na szczycie góry zbudowanej z książek i patrzy się na mnie przez kolorowe szkiełka. Jest wyjątkowo świeża w porównaniu ze stosami zgromadzonych tu myśli. Jest też ogromna i miękka. Pachnie cynamonem. Do tej pory uważałam, że to ja jestem duża, ona jednak jest prawdziwym monstrum, wyobrażenie jej przerasta możliwości okrojonego do minimum umysłu. Postać ta przytłacza mnie, stoję na dwóch wątłych jeszcze nogach w jej cieniu, gdzie pomimo panującego wokół gorąca marznę. Nie w pełni wykształcone kolana drżą, rozlany,oklapły tłuszcz faluje pod wpływem miarowych skurczów mięśni.
Nie ma jabola, nie ma kundla. pierwszy nie żyje, drugi gdzieś przepadł. Psia ich mać, i tak na niewiele by się zdali.
Faluję zatem u stóp gumowej lalki o cynamonowej skórze. W cieple zapach jest bardziej intensywny. W cieple jego doświadczanie staje się pełniejsze, bo zamiast po prostu czuć woń, tonie się w niej, wchłania się ją rozszerzonymi do granic przyzwoitości porami skóry. Każda żywa komórka łaknie zapachu jak tlenu, którego jest on substytutem.
Po moim ciele rozlewa się cynamon, obraz i kształt ciepłej, zimowej nocy, lodowy czepiec monstrum jakby sugestia nadchodzącej epoki, miękkie stopy, pachnące potem, i ziemią, i minionym czasem. Wnikają one w kolejne warstwy skóry, w naczynka krwionośne, w żyły niosące cynamon, i lód i spoconą ziemię do oczu, do ust, do serca. Kołatanie przedsionków, zbyt dużo, zbyt nagle, zbyt na raz. Po kolei, czekajcie.
Symfonia doznań ma swój płynny porządek. Ciepło płynnie przechodzące w lód, będące nim, koegzystujące w ziemi, jej miękkość, opadam, igiełki zimna ale jakby o smaku i zapachu czegoś innego, dalece bardziej niepoznanego nakłuwają niestrudzenie pogrążony w napojonej potem ziemi skomercjalizowany mięsień. Głębiej i głębiej, łaskocze, drażni, boli, ale jakby przyjemnie, ej, przestańcie już, urwany oddech, nerwowy, muzyka nie chce przestać grać, narasta, głośniej, szybciej, więcej, więcej, więcej, głośniej.
Płynna partytura wyschła, wyczerpała się. Skołatany, pokuty, ale jeszcze w pełni sprawny mięsień zamarł. Rezerwuar znów się napełnia, powoli, ale te krople wystarczają by ożywić dawny rytm.
Z półrozwartych dziecięcych warg lalki wybiega, ledwo przeze mnie zauważony, mały, czarny pająk, za nim drugi i trzeci i kolejny. Zbiegają w dół, wciąż przekonane o swojej niewidzialności, o geniuszu prostego fortelu. Widzę je i tak. Zbiegają, spływają tworząc czarną stróżkę jakby zakrzepłej krwi na wargach i podbródku lalki, na niebieskim kołnierzyku jej sukienki, na białym, haftowanym fartuszku. Zjeżdżają na niewidocznych pajęczynach, czarne strugi pierwszej, miesięcznej krwi po wewnętrznej stronie dziewczęcych gumowych ud. Dorastasz kochana, w tym dniu zostałaś zawieszona w próżni. Przemądrzała mina dopasowana do umorusanej murzyńskiej buźki nie zatrzyma potoku czarnych pająków. Te, które już znalazły się na ziemi, jakby uświadomiły sobie, że je widzę, zwolniły, zaczęły się skradać.
Trzewia ścisnął nagły spazm lęku: idą po mnie. To nie krew miesięczna, to armia zbawienia. Lalka jest ich boginią, przedziwną reinkarnacją Kali.
A przecież Pani Matka ostrzegała: antykwariaty są niebezpieczne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz