Potencjalny chleb na stole kaleczy twardą świeżością podniebienie, ty wiesz, że ta Jóźka, co to chodziłaś do niej po mleko kiedyś, no taa, to już straciła życie? Już nie żyje, o, dali na doktora, to przyszedł, popatrzył i powiedział, że ona nie żyje, a myśmy nie poznali, że umarła. A na co, na co, a kto to wie? Nawet doktór nie powiedział, zabrał walizkę i poszedł do krów badać.
Całkiem realny spirytus na stole dezynfekuje powietrze w środku, za ścianą to samo robi mróz. Stypa dłuży się okropnie, powieki kleją się do siebie nawzajem, rozmowa nie klei się wcale, do lepkich cerat przyklejają się kieliszki i ręce niezdolne już ich podnosić. Za drzwiami język przymarza do asfaltu, kopyta lodowacieją w piachu, ogon zaś grzęźnie w półpłynnym powietrzu. Na stole butelka, kilka szklanek, ciasta. Kelnerki w japonkach potykają się o krzesła i gości, nie bardziej żywych niż ta, za której zdrowie piją. Mazurek topnieje pod wpływem ciepła wytwarzanego przez piecyk elektryczny, czekolada i sernik spływają do rzeki, cioteczka się modli a pies kurant wydzwania co kwadrans melodię tubalną i urywa w gdzieś w pod koniec, za wcześnie jak na psa i wciąż za późno by uchronić zebranych przed pogromem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz