Dyszy i syczy nad głową.
Niczym najzwyklejszy, niespecyficzny narkotyk wprowadza on w stan otępiałej, mimowolnej dysocjacji, kiedy ciało, zmożone temperaturą i silnym na nie oddziaływaniem słonecznym zalega na trawie i zdaje się stawać na powrót praprzodkiem, prawójem szóstego stopnia z trzeciej odnogi ewolucji, który skręciwszy drzewiej w innym kierunku bezpowrotnie stracił możliwość kreowania konwencjonalnej cywilizacji. Jaźń zaś, czynność jej uśpiona przez brak bodźców, ulata spomiędzy źdźbeł ponad łany, ponad granatowe, jednolite ściany borów sosnowych i między ich igłami, znów w bólu odnajduje spokój i sen. Choć ból... to za duże słowo, prędzej dyskomfort i jego apogeum powodują nadzwyczajną łagodność myśli.
Wybudzona z odrętwienia chłonę bezkrytycznie to, co czyni dekadencki nastrój ostatnich dni sierpnia sztucznym. Świadomość końca epoki, schyłku dziecięctwa to fakt, lecz nieuchronną przecież powagę można odwlec w czasie daleko.
Mały pokój, pokoik, stół, krzesło, wąskie łóżko, pod stropem nazbyt niskim by skorzystać z szelek...
Za oknem, nad dachem, posrebrzana kopuła, półokrągła dźwięcząca pokrywa. Mesdmes et Messieurs, c'est le monstre! P'tit cafard sur le grande terre.
Gwiazdy wirują i przemieszczają się, spadają. Jedna, leżąc u moich stóp oświetlała mi drogę. Praczka.
Błękitne, fosforyzujące ręczniki, niskie słupy telefoniczne (dużo, blisko, słów), na kablach, pięciopalczaste gołębie dłoni. Drewniane lub plastikowe spinacze, skarpetki, slipki i porwane koszulki. Czubki czupryn i marznące, bose stopy. Mokra, przylepiająca się do stóp trawa. Gwiazda w niej gdzieś obok. Zimna i jasna, paradoksalnie szlachectwem odpowiadająca magicznej czynności.
Tak dużo powietrza, lewituję, a mózg (z braku lepszych określeń) każe pozostawiać na kartce koślawe próby wiernego oddania atmosfery towarzyszącej rzeczywistym postaciom lub wydarzeniom. Mniej lub bardziej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz