Oto była prawdziwa, żywa tkanka społeczeństwa.
Grube cielsko wtoczyła do topniejącej puszki. Kawał śmierdzącego mięsa owiniętego żółtą sukienką frote. I te muszelki na szyi ginące w ogromnym biuście. Prosto znad morza. Jebana mis sanatorium. Bananowo żółta Królowa Balu Pensjonarek zastana w papilotach. Sapie, rozsiewa wokół siebie woń wieprzowej skóry, podłej kawy i skandalicznie tanich papierosów wzbogaconą o składniki, o które boję się nawet pytać. Jakaś nieodgadniona siła z jej wnętrza pcha każdą jeszcze żywą komórkę ku tlenowi, wyrywają się one z wydalających zatęchłe gazy pieczar z rozkładającymi się pozostałościami współtowarzyszy, pieczar wypełnionych z pokrytym śluzem tężejącym dymem papierosowym. Pierś faluje wzdymana coraz to bardziej łapczywym oddechem. Wystawione na działanie silnie operującego słońca przepuszczonego przez soczewki szyb tramwajowych i słoików wiktuały owinięte w plastikowe reklamówki zajmują równie plastikowe krzesełka wokół Niej.
Wagon ruszył, choć chwilę temu wydawało się to niemożliwe.
Zwolnił ledwie, wpływ obciążenia zauważalny był jedynie w momencie ruszania,
zryw, który miał być zręczny i gładki, wymagał więcej siły, w efekcie zaś stał
się nieporadny i ociężały. Mało elegancki, mało estetyczny: słowo na „e”.
eklerka. Miasto na e? Elbląg. Ewentualnie Ełk. Szaleństwa młodości kobiety w
sukience frote.
Na nalanej twarzy błąkały się jeszcze ślady dawnego wyglądu, przed oczami stanęła mi ledwie przystojna, zwyczajna kobieta w wieku około 28 - 30 lat. Troje dzieci, krzyczą, hałasują, ona zmęczona karci na oślep. Cała trójka płacze, irytacja matki sięga zenitu, temperatura powietrza osiąga szczytowe wartości. Mocowanie jednorazowych reklamówek pęka a warzywa i słoiki z musztardą i śledziami toczą się po ulicy. Dzieci rozbiegają się w ślad za uciekającymi towarami. Matka ma dość, nie daje po sobie poznać, donośnym głosem przywołuje do siebie dzieci, którym udało się już zebrać ponad połowę zawartości porwanej siatki. Sama zbiera pozostałe warzywa, bo one głównie zostały na chodniku. To, co potoczyło się na drogę, jest już nie do odzyskania, 20 złotych rozjechane przez samochody.
Dusząc w sobie żal i złość, milknie, szarpiąc silnymi dłońmi rączki dzieci.
Kobieta w tramwaju poruszyła się i groźnie zacharczała w moją stronę. Zbyt długo widocznie wzrok mój spoczywał w okolicy jej osoby.
Może nie? Może nie miała dzieci w ogóle? Całe życie przepracowawszy jako urzędniczka na większą chwałę partii po zmianie ustroju została sama? Nie wiem dlaczego, pomimo odstręczającej atmosfery w okół emanuje nerwowym macierzyństwem.
Nie chcę opisywać dalej, jak sapała, jak dusiła się wręcz, choć wkoło siebie mimo tłoku miała wyjątkowo dużo wolnego miejsca, jak zwierzęta skamlały, i kuliły się pod jej wzrokiem. Jak oburzona wysiadła, kiedy obok niej usiadła niemłoda już babcia z kilkuletnim wnuczęciem na kolanach.
Mięso, ukryte pod zatłuszczonym materiałem fermentowało.
Oto była prawdziwa, żywa tkanka społeczeństwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz