Na każdym drzewie siedział ptak. Każdy ptak wyfrunął z piwnicy. Tam nikt nie wraca.
Moja pani od chemii wyglądała jak meksykańska czaszka pogrzebowa, taka drobna i w kwiaty.
Schudła ostatnio. Zmarszczki.
Zawsze na obcasach, wysokich, jak u klaczy.
Kobieta trzydziestoletnia.
Obcisłe dżinsy i marynarka.
Teraz tylko kępki rudych włosów, skołtunionych i rozjaśnionych od sklepienia czaszki siwymi odrostami rozchodzącymi się promieniście. Rozbiegane oczy strzelają wodnistym błękitem we wszystkie szare zacieki. Tu jest brudno, zawsze, wasza wilgoć nie jest niczym specjalnym. Słychać to niemal, jakby ściany umiały słuchać albo co najmniej było to na nich wypisane.
W piwnicy zostały tylko kaloryfery i materace.
Smutno więc trochę dzieciom wujka Fritza.
Smutno dziewczynkom bo nie mają już piórek do stymulacji.
Smutno chłopcom, bo nie mają już kości do gry.
Smutno Józiowi biednemu, od kiedy Adela wygoniła ptaki.
Tata siedzi na szafie. Bruno krwawi na ulicy, martwy już i właśnie żywy. Żyd z chlebem w kieszeni, jak chciałem się schylić to go rozpoznałem. Schudł, poszarzał. I ma papierową skórę, jak ludzie na ulicy krokodyli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz