Pada deszcz.
Na chwilę przed niebo było błękitne i wrastały w nie czubki drzew jak nieobcinane paznokcie w palce u stóp.
Stopy zawieszone piętnaście centymetrów nad chodnikiem z betonowej przędzy kopały powietrze próbując zrobić krok na przód i nie wracać już tutaj. Po krawędzi, między płytami gdzie kiedyś była lawa a teraz tylko mech, po kablach na koniec świata i dalej, do elektrowni i jeszcze, pociągiem i z powrotem, nie ruszając się z miejsca przesunąć się o centymetr w prawo i piętnaście w dół, szybciej no, działaj.
Pada deszcz teraz i nikogo nie ma na ulicy i we włóczkę z elektryczności okręcają się kable i słup co je nosi.
Pada deszcz teraz i stopy bębnią głucho w powierzchnię i przesuwają się jak najbardziej i wraz z nimi wszystko to, przed czym uciekają przesuwa się jeszcze bardziej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz