Księżyc świeci głośniej niż cokolwiek innego. Żyletki silników co szumiały wobec nocy zmieniły się w tępe noże i pobrzękują smętnie próbując przypomnieć sobie, jak tnie się przestrzeń.
Tnę przestrzeń na miękkim asfalcie. Koła łapią grunt, perkusja i szarpane struny zagłuszają nawet latarnie, galaktyki drzew i śpiew kosmicznych ruin. Zginam kark do ziemi, wiatr w plecy, światło w plecy, na czele armii mała czarna kulka. Oddech, dyszenie na tonach wysokich jak jęk prawie stanowi rozkaz.
Szum kół ślizgających się po asfalcie brzmi jak szczekanie psów, kiedy ich dużo wkoło i każdy może przeskoczyć ogrodzenie. Szelest koszulki jest identyczny z dmuchaniem psa w kark przyciśnięty do drogi, ciepły wiatr śmierdzi bestii paszczą i pluje mi w twarz lepką śliną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz