niedziela, 9 czerwca 2013

zabierzcie mi powieki

Elektryczne lampy przy biurku świecą jaśniej niż jakiekolwiek słońce. To, które za chwilę wstanie obchodzi już tylko kilkunastu wariatów i ludzi o bardzo delikatnej skórze.

Jest mi ciepło, bo mam sweter i skarpetki. Wszystko widzę bo mam latarkę i nocną lampkę, wkoło mnie tańczą w mgle wszyscy ci, którzy być tu nie mogą. Śpią właśnie i śnią własne sny, które zapomną, kiedy tylko otworzą oczy. Wstaną i zjedzą na śniadanie płatki na mleku/kanapki z ogórkiem/fajki z kawą, cokolwiek. Będą szczęśliwi, będą się uśmiechali i będą nieustannie rozglądali się wkoło, puki starczy światła. Ciemną nocą pójdą spać, bo już nie będzie nic do patrzenia. 

Obserwuję was z perspektywy parapetu na pierwszym piętrze, zasłania mi widok szpaler choinek. Zataczacie kręgi, biegacie od ściany do ściany. Siedzę trochę gdzie indziej i nie mam zamiaru odchodzić, zawsze będę puki będę. Widzę tylko to, co zrobicie na moich oczach, zabierzcie mi powieki żebym nie mogła mrugać i żebym nie straciła żadnej sekundy z waszego ruchu. Rytm jest ten sam, powtarzacie się. Ale chcę na to patrzeć, kiedyś nauczę się biegać z wami, pozwólcie mi najpierw wstać z kolan, poczekajcie.

Daj mi znak, że żyję, że jestem nie tylko elementem papierowej girlandy który pokolorował się sam na inny kolor niż inne. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz