Jest ciepło i szumią powleczone błękitną wełną kable, trochę ciemno, szarzy się koniec spokojnej nocy. Jest trochę pusto, bo nikogo nie ma tam ponad.
Tu niżej są drzewa i stacje przekaźnikowe i bardzo dużo świateł generowanych sztucznie.
Bardzo chcę oddychać, to znaczy jednym wdechem wciągnąć to wszystko w siebie, przytrzymać chwilę i wypuścić puszczając kółka z dymu. Klatka piersiowa jest nagle zaskakująco mała, możliwe jest tylko zrobienie tysiąca małych wdechów, jeden po drugim. Za ciasne płuca rozerwie cokolwiek głębszego i cokolwiek więcej.
Z zaciśniętym gardłem lepiej jest krzyczeć, bo można zerwać struny i wtedy dalej się już nie da i przestaje się móc robić rzeczy, które nikogo nie obchodzą, przestaje się mówić i dyktować pamiętniki, nawet jeśli bardzo się chce. To zmusza do pochylenia się samemu nad kartką i okazuje się, że więcej do powiedzenie nie ma, że każda litera wybrzmiała już po tysiąckroć w dowolnej konfiguracji i znaczeniu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz