czwartek, 2 sierpnia 2012

Trochę sentymentalnego pieprzenia od rzeczy.

Umiem zrobić kanapkę. Mogę mieszkać sama, jestem już prawie dorosła, za kilka lat, może więcej trochę... Babciu, co na obiad?



 nie można jak kiedyś, bezrefleksyjnie. Trzeba mi myśleć, trzeba mi zastanowić się przed wydaniem sądu. Traktowana jestem poważnie. Finalnie, po utarczkach słownych i potyczkach na talerze z mięsem. Jako tako, jednak nie jestem już dziewczynką, która obejrzała za dużo wiadomości. 

1 sierpnia jest dniem wyjątkowym. Ciepło historii, duma specyficzna rozchodzi się powoli po umyśle. Coś doniosłego, wzruszenie wiruje dziwnie w trzewiach. Poczucie przynależności, wspólnoty przytrzymuje w ziemi lotne korzenie. I strach. Podołam? Mam nadzieję nie zawieść. Ale kiedy, choć z urodzenia spadkobierczyni, mam rozpatrywać siebie w kontekście rodziny? 

Inaczej ponoć nie da się, jednak oznaczałoby to brak jednoznacznych korzeni, lub rozsianie ich, nie tak daleko w sumie, jednak po skrajnych bardzo regionach wschodnich. Jedno miejsce z którego pochodzę. Jeden dom. 

Dom  jest tam, gdzie się czapkę wiesza. Dom jest we mnie, niezależnie od tego, gdzie będę? Wygodne. 

Jednak dzieciństwo zawsze ma swoje miejsce, swoje znaki, amulety. Bazy, kryjówki, placki ziemniaczane, lalka, książka i samochód. Czerstwy chleb z pastą kawiorową lekko wędzoną. Appa. Umiem zrobić kanapkę, jestem dorosła. Mogę już mieszkać sama. Na blacie, na oknie w kuchni przez udające dżunglę liście w doniczkach wyglądałam na ulicę. Indianka, wychylająca się z buszu by obserwować biegnące bawoły. 

Pali się, pali! Po chmurach na schodach, z pachnącego korkową okładziną nieba zbiegałam, po schodach pokrytych pianką, czym jeszcze gasi się pożary, proszę pana? Jak długi jest pana wąż? Jedna z ostatnich niewinnych pięciolatek, nie dostrzegałam dwuznaczności. Jak długi?!  Dużo ludzi tam było. Kamiennie? Kostka Bauma, beton, szaroniebieskie ściany pomalowane farbą olejną. Raniła łuszcząc się. Wbiła się pod paznokcie. 

Chcesz zabawkę? Szklany twór, przeźroczysto niebieski traci coś, co miało ponoć uchodzić za głowę. Ciekawe, czy oni jeszcze żyją. Starsza pani i starszy pan z naprzeciwka. Mieli psa? 

Idę, odchodzę skądś, idę. Zostawiam za sobą coś, co miało trwać wiecznie, a kończy się po kilku tygodniach, miesiącach. Odchodzę, nie oglądając się za siebie. Przelotne znajomości, w danej chwili widziane jako przedwieczne przyjaźnie. Czy to już ten wiek, kiedy ma się przyjaciół, mamo?

1 komentarz:

  1. ekran lcd zmienia swoje kolory w zależności od pory dnia.
    kiedy jedząc kanapkę przed news-propagandowo-kulturalnym programem odbieranym przez antenę ekranem mozaiki migających barw zastanawiam się czy te twarze z naprzeciwka są głowami ludzi do których należą, czy tylko ich obrazami - tego co mówić chcąc mają. jak żołnierzyki na wojnie, broniące, uprzednio poległym- zabijając lub ginąc- hołd oddające; tylko tych za kurtynami kule nie dosięgną.
    ani krytyka.
    oni są nieśmiertelni. jak robaki w ziemi. na ich miejsce pojawią się następni. niemalże jak a.j. richelieu

    swoją drogą, dlaczego tak wiele się mówi o warszawskim powstaniu, nie wspominając o tym wygranym przez wielkopolan? czyżby martyrologia narodu polskiego?

    trzym.się.
    n.

    OdpowiedzUsuń